Na początku Dawidowi i jego znajomym imponowało, że mając nieco ponad 20 lat, można od razu pójść na swoje. Niektórzy decyzję o wejściu w kurierkę podejmowali w jednej chwili. – Część z nas uwierzyła, że jak założysz działalność i zostaniesz swoim szefem, to twoje życie stanie się prostsze, z czasem zatrudnisz pracowników i zaczniesz zarabiać większe pieniądze. Po kilku miesiącach szukania pracy sam wybrałem podobną ścieżkę – wspomina Dawid. Ma na sobie znoszoną granatową kurtkę, wysłużone adidasy i za szerokie jeansy. – Zainwestowałem w studia z administracji publicznej 30 tys. zł. Chciałem pracować w urzędzie skarbowym, ale zaproponowali mi 1800 zł na rękę. W innym urzędzie przez pierwsze trzy miesiące miałem być stażystą za 600 zł. Niebawem miała urodzić się nasza córeczka, musiałem szybko znaleźć pracę, a do kurierki wchodzisz prosto z ulicy – wspomina swoje początki sprzed sześciu lat.
Jak przyznaje, przez pierwsze dwa lata bywało, że po zapłaceniu ubezpieczenia, podatku i pokryciu innych koniecznych wydatków brakowało mu pieniędzy na codzienne potrzeby. Czasem ratowały go napiwki, choć nie były normą. Przebąkuje, że Polska to ciągle dziki kraj, skoro haruje się tak za grosze. – Nawet jak w końcu zarabiasz te 4 tys., to po kilku latach nie możesz chodzić – podkreśla Dawid. Ludzie zamawiają 35-kilogramowe worki z karmą i ważące 50 kg meble, które trzeba czasem zanieść na czwarte piętro. Pamięta, że przez kilka miesięcy dostarczał do jednego z warsztatów 55-kilogramowe skrzynie biegów. Najgorsze są zimy, bo nie dość, że noszenie 50-kilogramowych paczek po oblodzonym chodniku nieraz kończy się wywrotką, to jeszcze jest dużo problemów z parkowaniem. Łatwo wtedy o mandat, który kurier musi opłacić ze swoich pieniędzy. – Urodziło się nam drugie dziecko, ale spójrz na mnie: mam 32 lata i nie mam kręgosłupa, a żeby wrócić do pełnej sprawności, musiałbym przejść operację. Nie stać mnie na prywatne leczenie, więc czekam już ponad rok na swoją kolejkę w NFZ – opowiada.
W ubiegłym roku na ekranach kin pojawił się film wybitnego brytyjskiego reżysera Kena Loacha "Nie ma nas w domu”, opowiadający o trudach pracy i życia rodzinnego kurierów na samozatrudnieniu takich jak Dawid. Główny bohater Ricky Turner kupuje na raty samochód dostawczy i zaczyna współpracę z firmą przewozową na zasadach franczyzy. Jest pod stałym nadzorem szefa, który za każdą przerwę w pracy, nawet z przyczyn losowych, karze go finansowo. Do nakręcenia filmu o pracy w dobie gig economy (czyli gospodarki opartej na fuchach) zainspirowała Loacha historia 53-letniego Dona Lane’a, zmarłego dwa lata temu na cukrzycę kuriera z Dorset. Od czasu, gdy firma przewozowa DPD, dla której wykonywał zlecenia, nałożyła na mężczyznę 150 funtów kary za wizytę u lekarza w godzinach rozwożenia paczek, ten odwoływał kolejne terminy konsultacji. W ciągu kilku następnych tygodni dwa razy stracił przytomność – w tym raz za kierownicą samochodu – a w końcu zmarł. Żona Ricka tłumaczyła później w mediach, że presja firmy na realizację harmonogramu dostaw była tak duża, że wszystko podporządkował pracy. W grudniu ubiegłego roku brytyjskie dzienniki donosiły z kolei o 42-letnim kurierze, który zmarł z przepracowania, rozwożąc w okresie przedświątecznym nawet 240 paczek dziennie przez 12 godzin.
Kiedy opowiadam te historie Dawidowi, robi wielkie oczy, na jego twarzy pojawia się smutek. Nie wyobraża sobie podobnych sytuacji, ale dobrze wie z doświadczenia, co to znaczy harować bez odpoczynku po kilkanaście godzin na dobę i jak to wpływa na zdrowie. W tej pracy, jak masz zakwasy, słabo się czujesz albo masz zły dzień, to i tak nie zwalniasz tempa. Nikt się nad tobą nie zlituje. Jesteś cały czas obserwowany przez system, jest robota i trzeba ją wykonać.
Reklama