Dorn przywołał fenomen. Dwa lata temu to przegrany Tusk widział w Prawie i Sprawiedliwości warowny obóz, bardziej zwarty i skuteczniejszy od wówczas jeszcze rozdyskutowanej Platformy Obywatelskiej. A dziś działacze PiS powtarzają: PO jest rządzona silną ręką, a przecież wygrała wybory. Coś podobnego mówił sam Kaczyński, odpowiadając przed klubem parlamentarnym na nieśmiałą krytykę Dorna. Ten argument stał u podstaw szybkiej rozprawy z "krytykantami”: Dornem, Kazimierzem Ujazdowskim i Pawłem Zalewskim.

Zdaniem Dorna argument jest nietrafiony. PO, wspierana przez establishment, a zwłaszcza przez media, może sobie pozwolić na autorytarny, wykluczający wewnątrzpartyjną debatę, styl kierowania partią. PiS będące w trudniejszej sytuacji powinno się odwołać do większej wewnętrznej różnorodności, bo to jedyna jego szansa na odzyskanie sił witalnych i wpływów w społeczeństwie.

Sprzeciwu nie widzę

Niezależnie od siły tego akurat argumentu warto zwrócić uwagę na różne poetyki działania obu liderów. Tusk nie dekretuje wewnętrznych konfliktów. Jego rywale i ludzie mu niewygodni ulegają po prostu wypadkom. A to poślizgną się na mydle. A to suszarka pod napięciem wpadnie im do wanny. Tak znikali Paweł Piskorski, Zyta Gilowska czy ostatnio Jan Rokita.

Kaczyński po kilkuletnim okresie względnego otwarcia na partnerów wrócił do dawnych nawyków. Po kolejnych personalnych rozstaniach ogłasza z ponurą miną, że jego bliscy współpracownicy okazali się personalnymi pomyłkami, a tak naprawdę to byli nimi już wcześniej. Przywodzi to nieodparte skojarzenia ze stylem partii komunistycznych, gdzie wieloletni funkcjonariusze okazywali się nagle agentami wroga "od zawsze”. Bez wątpienia metoda Kaczyńskiego, który obłudą się jak widać brzydzi, jest politycznie kosztowniejsza.

Jest kosztowna, choć komfort ma mu zapewnić spokojny, będący manifestacją wewnętrznej jedności kongres PiS. Ideał Kaczyńskiego to zapewne poprzedni zjazd partii, ostatni, który nie był tylko kampanijnym widowiskiem, ale podejmował formalnie decyzje. Oto na początku obrad sam prezes przedstawia delegatom propozycję przyjęcia nowego statutu. Tekst ma być wyświetlony na wielkim telebimie, ale z powodu awarii jest to niemożliwe. Kaczyński proponuje jednak uchwalenie statutu na zasadzie zaufania do przedkładających go władz partii, czyli mówiąc popularnie "w ciemno”. "Czy jest sprzeciw? Jest sprzeciw. A nie, to tylko jeden pan wstał, żeby zrobić zdjęcie" - po krótkim momencie niepokoju szef partii rozluźnia się. Wszyscy są za.

W jakiej mierze to będzie realne za tydzień? Argumenty ludzi Kaczyńskiego brzmią mocno, gdy wypominają Dornowi, że absorbując publikę swoimi "listami do wykształciuchów” i problemami psa Saby, jest w istocie współautorem wyborczej porażki. Można się również zgodzić z przypomnieniem, że próby kierowania przez Dorna kampaniami 2001 i 2005 zakończyły się fiaskiem, a Ujazdowski i Zalewski nie odegrali w nich większej roli.

A co najważniejsze, przekonująco brzmi powracający motyw: obawa przed wizerunkiem partii skłóconej, absorbującej Polaków własnymi wewnętrznymi problemami zamiast jako opozycja mocno punktować rządzących.

Niech choć informuje

Tyle że takie przestrogi mają charakter samospełniającej się przepowiedni. Politycy bliscy Kaczyńskiemu przekonują, że pozostawieni w partii Dorn, Ujazdowski i Zalewski byliby zarzewiem niepokoju. Działaliby w niej bowiem jako ludzie zainteresowani spadkiem poparcia dla PiS (aby dowieść swoich racji). Można na to odpowiedzieć: nie byliby zainteresowani, gdyby zostały spełnione ich stosunkowo skromne, formułowane w tonie pokornej supliki do cara, postulaty.

Jest też coś szokującego w łatwości, z jaką otoczenie Kaczyńskiego żegna znaczących, znanych i utalentowanych polityków, dawnych ministrów lub kandydatów na ministrów. Zapewne na sali pełnej delegatów (ma ich przyjechać około półtora tysiąca) brak trzech ludzi nie będzie dojmujący. Czy jednak kadrowa ławka PiS jest długa? Mógł się o tym przekonać każdy, kto obserwował dwa lata rządów tej partii.

Gdy zaś wsłuchać się w argumenty trójki byłych wiceprezesów, bilans racji powinien się okazać nawet dla najzagorzalszych PiS-owców przynajmniej nieoczywisty. W ich zarzutach sprawy drobne (ocena błędów kampanii) mieszają się z fundamentalnymi. Żądanie reformy zasad funkcjonowania PiS to w istocie prośba, aby prezes zapytał czasem o zdanie, choćby w trybie niezobowiązującej do niczego konsultacji, komitet polityczny. Jeszcze dwa lata temu tak robił. "A choćby w przypadku mianowania Janusza Kaczmarka ministrem spraw wewnętrznych prezes nie radził się, ba, nawet nie informował nikogo. A przecież, mówiąc w pewnym skrócie, to przez Kaczmarka straciliśmy władzę" - argumentuje Ujazdowski.

Prywatnie dysydenci (lub ludzie skazani na rolę dysydentów) przekonują, że chodziło im nie tyle nawet o rozliczanie grzechów kampanii - to był jedynie wstęp - ile o wybór modelu partii na przyszłość. Czy skuteczną opozycją ma być kompania wojska dowodzona przez siermiężnych sierżantow, czy też potrzeba innych, bardziej subtelnych narzędzi.

Kaczyński przewidział

Czy te zarzuty mają szansę dotrzeć do delegatów na kongres, do terenowych działaczy, do sympatyków PiS? Ujazdowski uważa, że tak. "Nie chcemy podejmować działań rozłamowych czy frakcyjnych. Ale myli się ten, kto sprowadza obecną debatę do niezadowolenia trzech osób" - przekonuje były minister kultury.

Wątpliwe jednak, aby "buntownicy” mogli liczyć na szybkie efekty swoich wystąpień. Pytam o to kilka osób, które jawią się jako naturalni odbiorcy podobnych zastrzeżeń. Joanna Kluzik-Rostkowska, była minister pracy, nie jest "siermiężną działaczką”, do partii wstąpiła niedawno, a sukces zawdzięcza nie ślepemu posłuszeństwu władzom PiS, ale własnym osiągnięciom rządowym. Jest na dokładkę typową inteligentką, zdystansowaną wobec konserwatywnego programu polskiej prawicy.

"Dla osoby o moich poglądach różnorodność PiS to wartość, więc chciałabym, aby Dorn, Ujazdowski i Zalewski zostali w partii" - zapewnia mnie w przerwie posiedzenia komisji pracy, gdzie od początku nowej kadencji rzuciła się w wir obowiązków. Była minister zaraz jednak dodaje: "Z drugiej strony w przeszłości wiele razy nie wierzyłam w to, co mówił Jarosław Kaczyński, a potem okazywało się, że to on miał rację. No i w warunkach permanentnej kampanii jedność partii jest wartością".

Podobnie mówi Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, poseł PiS, który nawet do niego nie należy. "Gdyby to ode mnie zależało, to bym ich nie wyrzucał. Ale nie mam kompletu informacji. A Kaczyński często wykazywał się darem przewidywania".

Jeśli tak mówią oni, co sądzi szary PiS-owski "ludek” uosabiany przez szeregowych członków nowego klubu? Według moich rozmówców, wielu parlamentarzystów, ludek ma poczucie pewnej frustracji. Ale przyczyn niepowodzenia upatruje co najwyżej w nietrafionej kampanii, za którą wini jej autorów: Adama Bielana i Michała Kamińskiego. Biorąc za nią wyłączną odpowiedzialność, prezes Kaczyński zamknął niezadowolonym usta.

Winny jest produkt

Rzecz w tym, że broniący skądinąd gorliwie polityki prezesa (tak jak on bronił ich) Bielan i Kamiński mają paradoksalnie rację, choć nie tak, jak by chcieli. To nie kampania jest zasadniczym problemem. Można ją uznać za lepszą lub gorszą, na pewno nie nieudaną, skoro uzyskano dużo więcej niż we wcześniejszych sondażach. Problemem jest produkt zachwalany w tej kampanii, czyli PiS. Problemem jest też ocena ostatnich dwóch lat. W tym sensie za konfliktem, zwłaszcza z Ujazdowskim i Zalewskim, kryje się spór bardziej fundamentalny. W jakim stopniu był to czas wykorzystanych szans. A ile w polityce Prawa i Sprawiedliwości po 2005 roku było, jak mówi polityk PiS bliski dysydentom, "mieszaniny agresywnego języka z niepodejmowaniem ważnych decyzji”.

Czy Kaczyński, odmawiając takiej debaty, zachowuje się racjonalnie? Na pewno zachowuje się naturalnie, zgodnie z logiką wielu politycznych przywódców. W pewnym sensie dmucha na zimne - bo żaden z krytyków nie postawiłby tych kwestii na ostrzu noża ani tym bardziej nie zakwestionował jego przywództwa. Ale nawet częściowe podważanie dogmatu o niemylności lidera to w partii o charyzmatycznym przywództwie rzecz ryzykowna. I to wydaje się ważniejsze niż urazy prezesa PiS wobec starego druha Dorna. Czy niż osobista pretensja do Pawła Zalewskiego, który wedle mniemania Kaczyńskiego uraził jego brata prezydenta.

Próbując ratować za wszelką cenę model charyzmatycznego przywództwa, może zastosować taktykę ucieczki do przodu, znaną z dorobku wielu liderów - od pierwszych sekretarzy partii komunistyczynych po liderów jak najbardziej demokratycznych ugrupowań. Już dziś "bezpłodnemu narzekaniu” Dorna, Ujazdowskiego i Zalewskiego politycy z otoczenia prezesa przeciwstawiają kontrolowaną odnowę.

Buławy w plecakach

Nadzieją mają być dwie grupy. Pierwszą są byli ministrowie, także spoza ścisłego grona dawnego PiS, którzy mają zapewnić wysoki poziom opozycyjnym recenzjom nowego rządu. Kilkoro z nich - Kluzik-Rostkowska czy Grażyna Gęsicka - już zaczęło taką funkcję pełnić z pewnym powodzeniem.

Drugą są młodsi politycy PiS. W zeszłej kadencji tacy parlamentarzyści, jak Adam Hofman, Arkadiusz Mularczyk czy Zbigniew Girzyński byli trzymani krótko, niechętnie dopuszczani do mediów i czasem karceni za różne przejawy zbyt wielkiej aktywności. Dziś, choć pod czujnym okiem "karbowego”, czyli szefa klubu Przemysława Gosiewskiego, są do aktywności wręcz zachęcani. Prezes okazuje im ostentacyjnie wiele zainteresowania, wystawia do najważniejszych konferencji prasowych, a zaledwie 28-letni nowicjusz, dawny wszechpolak Mariusz Kamiński prawdopodobnie zostanie rzecznikiem klubu parlamentarnego, powtarzając drogę Adama Bielana. Ci ludzie mogą być wręcz zadowoleni z eksterminacji starszych polityków. Oni prawdopodobnie nie będą płakać po Dornie i Ujazdowskim, bo w swoich plecakach dźwigają ministerialne buławy.

Dodajmy do tego błąkające się w partyjnych kuluarach wręcz rewolucyjne pomysły. Na przykład zapowiedź powołania partyjnego think-thanku. To by oznaczało, że nie wszystkie gigantyczne skądinąd pieniądze z budżetu pójdą w przyszłości na billboardy i spoty. Że część zostanie przeznaczona na sukcesywne przygotowanie się do rządzenia i na prezentację tych przygotowań wyborcom.

Z fermentu ma się więc wyłonić partia ta sama, ale nie taka sama. Podbudową tej kontrolowanej odnowy w PiS ma też być umiarkowany optymizm co do przyszłości. Czy nie ma do niego żadnych podstaw? Argumenty PiS-owskich spin doktorów nawet porażki przekształcające w sukces, nawet słabości w atuty nie są pozbawione sensu. I tak na przykład bliskie związki z Radiem Maryja odebrały PiS zapewne sporo wielkomiejskich wykształconych wyborców, ale równocześnie przyczyniły się do zagłady Samoobrony i zwłaszcza LPR, likwidując konkurencję z prawej i z populistycznej flanki. Prawdą jest, że pozbawione władzy PiS jest dziś potencjalnie silniejsze niż kiedykolwiek.

PO pracuje na PiS

Możliwe, że jest też trochę racji w twierdzeniu twórców przyszłej strategii PiS: "Wygrywa się nie własną siłą, lecz słabością przeciwnika”. Snując plany wielkiej ofensywy, rzecznik partii Bielan przewiduje, że PO stanie się formacją realizującą we wszystkich dziedzinach - od wspierania korporacji po zmonopolizowanie rynku telekomunikacyjnego - interesy establishmentu i rozmaitych lobbies. Odpowiedzi ma udzielić nowy "młody PiS” posługujący się już nie dekomunizacyjno-lustracyjnym językiem, ale rzeczowymi racjami brzmiącymi wiarygodnie dla młodych, wchodzących na rynek pracy Polaków.

Dodajmy inne ewidentne słabości Platformy - na przykład oddanie przeciwnikowi walkowerem tematu walki z przestępczością. Szansą dla opozycji jest wreszcie i kwadratura koła platformerskich obietnic i zobowiązań. Trzeba przyznać, że PiS było w sprawach gospodarki i budżetu ostrożne. Nawet jeśli była to ostrożność podyktowana inercją, nie sprowadzała na tamtą władzę istotnych zagrożeń. PO wywołała tyle sprzecznych nadziei i oczekiwań, że presja zniecierpliwionych wyborców może się okazać nader bolesna. Presja lekarzy i nauczycieli żądających szybkiego wzrostu płac. Albo presja tych, którzy zapłacą koszty cięć budżetowych, jeśli nie budżetowej katastrofy. Co ciekawe, w zapale kokietowania wszystkich Platforma porzuciła wiele dawniejszych reformatorskich ambicji. To Grażyna Gęsicka zwróciła uwagę w debacie nad expose, jak łatwo Tusk „"zgubił” reformę finansów publicznych, z której braku tak chętnie rozliczano poprzednią ekipę. Teraz to PiS może w teorii rozliczać PO z wielu pozycji równocześnie - wymachując na przemian roszczeniami i logiką reform.

Można by rzec: tylko czekać i zbierać owoce. Obiecująco brzmią nawet analizy politologów. Niektórzy analitycy, na przykład Jarosław Flis, przestrzegają PiS przed marginalizacją. Ale już Marek Migalski nie widzi takiego niebezpieczeństwa. Tak wielki udział młodych wyborców, którzy ulokowali nadzieje w PO, badacz z Katowic uważa za jednorazowy fenomen. W związku z tym najlepszą rzeczą, jaką według niego może zrobić PiS, jest pielęgnowanie tradycyjnego elektoratu i czekanie na potknięcia rządu Tuska. Z tej perspektywy strategia Kaczyńskiego wymaga co najwyżej drobnych korekt. "Pierwszą połowę kadencji lider PiS powinien przeznaczyć na zapewnienie partii jedności. Potem przyjdzie czas na zmiany wizerunkowe" - twierdzi Migalski.

PiS partią jednostek

Rozumiem ten punkt widzenia, ale nie całkiem go podzielam. Ewentualna katastrofa polityki obecnej ekipy oferuje PiS nową szansę. Ale nie jest ona przesądzona. A na rzecz Tuska działa coś, o czym mówił Dorn - mocna osłona większości mediów. W tej sytuacji PiS nie wystarczy być bezlitosnym recenzentem przeciwnika. Musi grać własną jakością - jeśli chce uniknąć roli ugrupowania trwałego i istotnego, ale przez wiele lat mniejszościowego.

Tymczasem mechanizm rządzący tą partią jest wadliwy z założenia, a zmienne nastroje prezesa i jego brata, prezydenta, tylko zwiększają ryzyko ciągłych usterek.

Kaczyńskiemu, wbrew wciąż mnożonym spekulacjom i mitom, udało się zbudować formację bez liczących się wewnętrznych grup nacisku. Nawet oddziaływanie tzw. zakonu PC, o którym mówił tak chętnie były premier Marcinkiewicz, jest po części legendą. Oczywiście gołym okiem widać nieproporcjonalnie duże wpływy poszczególnych polityków, którzy towarzyszyli liderowi w Porozumieniu Centrum. Ale są oni rozproszeni, niesolidarni także między sobą. Wspierają się co najwyżej poszczególne osoby. To daje prezesowi ogromną władzę - pośród zatomizowanych jednostek czy mikroskopijnych grupek towarzyskich.

To, co wygodne dla prezesa, nie musi być jednak korzystne dla całej partii. Brak czytelnych mechanizmów awansu skazuje polityków PiS na nieustanną rywalizację o wpływy w najbliższym otoczeniu Kaczyńskiego. W efekcie stosunkowo dobrze przygotowani do zawodu polityka ludzie (a jest ich w PiS niewielu) pozostają ze sobą w stanie permanentnej wojny. U źródeł porażki Pawła Zalewskiego leżał również jego niszczący bój o wpływ na politykę zagraniczną z Adamem Bielanem i Michałem Kamińskim. Podobny charakter miała rywalizacja Bielana i Kamińskiego z "grupą muzealną” (Ołdakowski, Paweł Kowal). Lider nie potrafił obrócić tego stałego napięcia na korzyść dla całej partii. To stwarza mizerne perspektywy przed wszystkimi, na których w danej chwili się stawia - czy są to młode wilczki rzucające się do gardła starszym, czy eksperci z miniserialnym dorobkiem.

W tych warunkach takie zamierzenia jak partyjny think-thank mogą się okazać złudzeniem, a PiS nie dysponuje przecież, inaczej niż PO, zewnętrznym zapleczem eksperckim. Ale oczywiście to tylko mała część kłopotów PiS. Bo kolejnych wyborów partia ta nie wygra tylko lepszymi projektami ustaw. Może je wygrać przede wszystkim lepszym wizerunkiem.

Kaczyński gospodarzem?

"Ktoś, kto sądzi, że czas realnej polityki się kończy, że liczy się tylko PR, może się bardzo pomylić "- przycina Platformie Adam Bielan, którego PR-owskie wysiłki okazały się skądinąd niewystarczające, aby zapewnić Kaczyńskiemu kolejny triumf. Co jednak poradzić na to, że w szczegółowych badaniach socjologicznych sporządzanych na potrzeby wyborcze PiS było wskazywane jako lepsze od Platformy tylko w jednej dziedzinie: uczciwości i walki z korupcją. Nie budziło natomiast zaufania jako architekt polityki społecznej i gospodarczej. Nie było postrzegane jako dobry gospodarz w niczym - od budowy dróg do hamowania bezrobocia. To z tej wiedzy, a nie z nieporadności spin doktorów, wynikał tak jednostronny ton kampanii tej partii. Dorn pewnie słusznie narzeka na sprowadzenie PiS-owskiego przekazu do ataków na oligarchów, do "mordo ty moja”. Ale zżyma się na skutek, a nie na przyczynę.

Czy partia z jedyną polityczną twarzą Jarosława Kaczyńskiego jest w stanie przekonać Polaków, że PiS to coś więcej niż walka z układem? Czy jako uzupełnienie wystarczą majaczące gdzieś za jego plecami niepolityczne twarze Gilowskiej, Gęsickiej czy Kluzik-Rostkowskiej? Albo oblicza niespecjalnie biegłych w czymkowiek poza partyjnymi pyskówkami młodszych parlamentarzystów? Czy atutem opozycji staną się otaczające Kaczyńskiego twarze karnych funkcjonariuszy: Gosiewskiego, Marka Kuchcińskiego, Krzysztofa Putry? Odpowiedzi na te pytania nasuwają się same. Naturalna toksyczność, mała sympatyczność samego lidera to w tej sytuacji nawet mniejszy problem, choć nie bez znaczenia, bo podniósł poprzeczkę Blairowskiej wizerunkowej poprawności bardzo wysoko.

Jarosław Kaczyński nie jest kandydatem na polskiego Blaira. Ma też inną słabość - niewielką elastyczność. Przez wiele lat okazała się ona paradoksalnym atutem. Wierność sobie została doceniona przez Polaków. Ale dziś - w ferworze nieustannego medialnego spektaklu?

Dobrze znający lidera PiS politycy opowiadają, że zaraz po wyborach był przestraszony perspektywą dużo większego rozłamu. Nie był pewien nowych parlamentarzystów ani tych, którzy przywędrowali do PiS z zewnątrz, na przykład z rządowych ław. – Oczami wyobraźni widział się już na powrót w małych zadymionych pokojach, które przyszło mu zajmować w latach 90., w następstwie nieustannych prawicowych podziałów i kłótni - obrazowo opowiada ważny poseł PiS.

Sprowadzenie powyborczych rozrachunków do rozprawy z Dornem, Ujazdowskim i Zalewskim przekona Kaczyńskiego, że uciekł spod noża. Możliwe więc, że nawet ta skromna odnowa PiS, o której marzą dziś niektórzy stronnicy Kaczyńskiego, szybko pójdzie w zapomnienie. Jedynym narzędziem rządzenia partią pozostaną kategoryczne SMS-y od Gosiewskiego. Zmuszające do pracy i dyscypliny, tyle że bezproduktywne.

Posłańcy złej nowiny

"Dajcie nam parę miesięcy na wypracowanie nowego kursu" - apeluje Adam Bielan, opowiadając przekonująco o tym, jak bardzo posłowie PiS są zmęczeni po dwuletnich rządach i po trudach ostatniej kampanii.

Problem w tym, że politycy PiS uważają przeszło 30-procentowy wynik za obiecujący początek nowej tendencji. Wszyscy bowiem od Adama Bielana po nawet Ludwika Dorna są przekonani, że ich partia zapłaciła przede wszystkim za koalicję z LPR i Samoobroną. Stąd nadzieja, że po dobiciu tych upiorów przeszłości zaczyna się całkiem nowa era. Zwłaszcza że wiele wad PiS wynika istotnie ze zmian w polskim systemie partyjnym. Jego początkiem było finansowanie partii z budżetu, przeforsowane notabene przez Dorna.

Ale może być też tak, że ten rezultat to ostatni, wręcz spóźniony hołd społecznym diagnozom i osobistej uczciwości lidera PiS i że wobec nowych pól sporu i wyzwań nigdy się już nie powtórzy. Rzadko powołuję się na jednostkowe przykłady. Tak się jednak złożyło, że w kilka tygodni po wyborach jadłem obiad ze znajomym spoza świata polityki i mediów, niespełna 30-letnim muzykiem. Po wielkich wahaniach głosował on wbrew wielu swoim przekonaniom i wbrew swemu środowisku na PiS, uznając Kaczyńskiego za uczciwego przywódcę.

"Nigdy więcej" - postanowił już po wyborach. Powód? Kompromitująco nieporadne wystąpienie Marka Kuchcińskiego podczas debaty nad wyborem marszałka Sejmu. No i rozstanie PiS z Dornem. Ujazdowskim i Zalewskim. Porównywalne z zabiciem posłańca przynoszącego złe nowiny.

Tak, tak, kampania zaczęła się już pierwszego dnia po wyborach.