Pomysł upubliczniania wydatków byłych ministrów wpisuje się w trend przyjęty przez nowy rząd. Wystawienie na pokaz całemu społeczeństwu wyciągów z kart - popatrzcie, co kupowali poszczególni szefowie resortów! - bardzo przypomina inicjatywę Donalda Tuska, żeby zrezygnować z latania rządowym samolotem i przesiąść się do rejsowego, czy też promowanie niekorzystania z służbowych limuzyn. To jednak tylko nadgorliwość, która do niczego dobrego nie prowadzi.

Dlatego propozycję Pitery uważam po prostu za głupią. Tak jak jest głupie to, co powiedział minister obrony Bogdan Klich: że nie kupimy nowych samolotów dla rządu. Flotę mamy starą, jej ofiarą padł już premier Leszek Miller. Czy warto więc, tylko po to, by przypochlebiać się opinii publicznej, ryzykować życie lub bardziej kosztowne wydatki?

Zdobywanie sympatii społeczeństwa pustymi i głupimi gestami nie opłaca się. Cel jest oczywiście bardzo jasny: Donald Tusk i cała jego ekipa ewidentnie chcą być lepsi niż poprzednicy. W sposobie działania, w treści i formie. Zależy im też, by dobrze wypaść w oczach opinii publicznej. Jednak pomysł schlebiania wszystkim może obrócić się przeciw samemu rządowi. Dlatego uważam, że idea przejrzystości to idea bardzo słuszna, ale metoda wykonania błędna.

Oczywiście było wspaniale, gdyby Polska osiągnęła takie standardy jak inne demokratyczne kraje zachodnie. Byłoby świetnie, gdyby w Polsce obowiązywały tak samo rygorystyczne przepisy o przejrzystości życia publicznego, a szczególnie wydatków publicznych. Podobają mi się takie reguły, które każą zrezygnować ze stanowiska ministra za tak drobne wykroczenie (jakby się nam Polakom mogło wydawać) jak np. kupno pieluch z pieniędzy służbowych. Tylko pytanie, jak do tego dochodzić?

Czy naprawdę ośmieszenie poprzedniej ekipy - pozwolenie, żeby każdy Polak mógł się ponaśmiewać, że polityk XY kupił buteleczkę perfum, żel do mycia ciała czy zjadł kotleta za 100 zł - doprowadzi do rewolucyjnych zmian? To populizm czystej wody.

Można - a może i nawet trzeba - rozliczyć publiczne wydatki urzędników, ale wewnątrz danych resortów. Być może sprawą mogłaby się zająć Najwyższa Izba Kontroli. Takie działania w zupełności by wystarczyły. Metoda publicznego wyśmiania rozrzutnych ministrów może natomiast rzutować na wizerunek wszystkich urzędników i instytucji publicznych. Ponieważ potrzebujemy sprawnych, inteligentnych urzędników, nie można ich odstraszać takimi akcjami.

Kiedyś na blokach wieszało się listy osób niepłacących czynszu, w sklepach zaś listy złodziei. Czy mamy wrócić do tych czasów? Trzeba wiedzieć, gdzie jest granica. Idąc bowiem dalej tym samym tropem, moglibyśmy dojść do tego, że urzędnicy dostaną zakaz noszenia garniturów - specjaliści od zwalczania korupcji ubiorą ich we włosiennice i każą im się biczować. Wtedy Polacy byliby zachwyceni i zadowoleni...

Polityczne projekty nie powinny jednak przekroczyć granic śmieszności. A gest Pitery na tę śmieszność zaczyna zakrawać.

Pojawia się ponadto jeszcze jedna wątpliwość. Julia Pitera - chcąc opublikować wydatki poprzedniego rządu - naraża się na podejrzenie, że działa z zemsty. Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest. Ale jeżeli naprawdę zależy jej na walce z korupcją, to powinna zacząć od własnej ekipy. Można wprowadzić zasadę, że od teraz każde wydatki, także te z kart kredytowych, będą upubliczniane. To może, jak tłumaczy swój pomysł Pitera, ochronić przed pokusą rozrzutności. Jednak byłych urzędników już przed nią nie ochroni.

Więc niech Pitera publicznie rozlicza tylko własny rząd. Byłoby to badziej wiarygodne.