"Nie chodziliśmy razem na dziewczynki" - zafrasował się Lech Wałęsa, gdy zapytano go, co sądzi o przystąpieniu Jarosława Wałęsy do Parlamentarnej Grupy Kobiet. Nasz noblista tym razem nie przywołał "pomroczności jasnej", by wytłumaczyć postępowanie syna. Trudno być dzieckiem takiego ojca. Bohatera i żywego pomnika, jeśli nie żywej skamienieliny z czasów, gdy kobiety były jeszcze dziewczynkami, a formą współpracy z nimi - chodzenie, wchodzenie na nie, by osiągnąć swój męski cel.

Jarosław Wałęsa to następne pokolenie naszych parlamentarzystów. Wystarczyć porównać go z Lechem - gładko wygolony, wykształcony na amerykańskich uczelniach. Oczywiście ciąży nad nim wielka, wąsata postać przewodząca "Solidarności". Może dlatego młody Wałęsa próbował być chociaż przewodnikiem po Gdańsku. Niedawno zapisał się na kurs turystyczny.

Przystępując do PGK, też początkowo powtórzył ojcowsko-patriarchalne schematy. "Chciałem się przypatrzeć, jak w Sejmie pracują kobiety... Nie, nie szukam tam żony". Mały chłopczyk zagląda do kuchni popatrzeć, co pichci mamusia z siostrami... A żonę znajdzie poza liczną rodziną (parlamentarną), porządną kobietę, co się zajmie domem, nie komisjami. To były pierwsze, spontaniczne wypowiedzi Jarka.

Ale on jest najzdolniejszym z Wałęsów i szybko się uczy, dorasta. Wkrótce spoważniał i dodał: "Chcę zachęcać młode, energiczne kobiety do angażowania się w politykę". Kobiety w parlamencie są mniejszością. Nic dziwnego, że w PGK znalazł się poseł niemieckiej mniejszości Ryszard Gall. Prawdopodobnie, biorąc sobie do serca stwierdzenie Kennedy’ego: "Wszyscy jesteśmy berlińczykami", sparafrazował je, żyjąc w Polsce: skoro "Polska jest kobietą" - wszyscy jesteśmy kobietami.

I się nie myli. Nie można być demokratą w demokratycznym kraju, gdzie połowa obywateli jest pozbawiona równych szans. Albo stanie się po stronie kobiet, berlińczyków i Unii Europejskiej, albo sarmackiej Polski. Matka Boska w klapie i klapa równouprawnienia. Któż, jak nie Jarek Wałęsa, zna lepiej trudny los kobiety w typowej, polskiej rodzinie. Ojciec bohater, prezydent obnoszący się z Matką Boską, a prawdziwa matka - żadna prezydentowa! - odsyłana na zaplecze do dzieci. Danuśka-mamuśka - jak zwykle w maskującej czerni - raz jeden wystąpiła samodzielnie: odbierając dla męża Nagrodę Nobla, ale tylko dlatego, że powstrzymywały go kraty.

Jarosław Wałęsa jest politykiem, wiąże swoją karierę z popularnością i głosami wyborców. Nie można długo korzystać w Sejmie z kredytu ojcowskiej sławy. Do emerytury być dzieckiem Wałęsy? Polityka to konkurencja, kogo więc oprócz Freuda miałby pokonać Jarosław? Sądzę, że Tuska.

Obydwaj są z Gdańska, mają podobny, młodzieńczy urok i wdzięk inteligencji. Jarosław zna do tego języki, jest lepiej wykształcony, a przynajmniej ma czas i komfortowe warunki, by nadal się uczyć bycia przewodniczącym, premierem, prezydentem. Nie przeskoczy słynnego muru, ale może przeskoczyć nie mniej słynny szklany sufit zagradzający kobietom drogę do równouprawnienia. Byłby to drugi wiekopomny skok Wałęsy. Ten pierwszy dał nam wolność, drugi dałby prawdziwą demokrację.

Młody Wałęsa ma za sobą autorytet ojca, własną ambicję i nieograniczoną politycznie przyszłość trzydziestolatka. Prawica od centrum do ściany jest już obsadzona. Do wzięcia jest złagodzona (nie zgładzona) lewica, nowoczesność i kobiety. Nie wygląda na to, że Jarosław zasiądzie po prawicy swego ojca i będzie powtarzał za Tuskiem: "Polacy są z natury konserwatywni". Wstępując do PGK, wykazał swego rodzaju odwagę w środowisku, w którym prawa kobiet często kwituje się rechotem albo seksistowskimi żartami. Nie boi się też ośmieszenia jak posłanki PO.

Odżegnują się one od feminizmu, mimo że są feministkami, pomagając kobietom i robiąc wszystko, by zachować godność w niełatwym do tego miejscu - polskim parlamencie. Jarosław Wałęsa, mając amerykańskie doświadczenie, zdaje sobie sprawę, że - po pierwsze - wyborcy kierowani nostalgią chętnie głosują na rodzinę, potomków byłych prezydentów.

Po drugie, niekonwencjonalne podejście do polityki, szukanie w niej nisz i wspieranie mniejszości (paradoksalnie, kobiety w Polsce są większością) może przynieść polityczny sukces. W PGK widzi siebie w roli usługowej. Podobnie mówią mężczyźni wstępujący do Partii Kobiet. Trochę z onieśmielenia, trochę ze zbiorowego, męskiego poczucia winy i ze źle skrywanego poczucia wyższości. Każdy biolog powie, że na widok infantylnie zaokrąglonych kształtów swoich młodych dorosłe osobniki chowają do zabawy kły i pazury.

Jeżeli prawa kobiet są prawami człowieka, nie chodzi o ustępstwa, ale o prawdziwe partnerstwo. Gwarantował to w dużej mierze urząd pełnomocnika do spraw równości kobiet i mężczyzn. Wałęsa za jakiś czas mógłby domagać się jego przywrócenia, razem z koleżanką Senyszyn i Kluzik-Rostkowską, która kontynuowała pracę byłej pełnomocniczki - Środy. Jarosław Wałęsa nie potrzebuje do tego być kobietą, nie musi przypinać sobie do klapy kobiecej piersi.

Wystarczy, że stanie się sprawnym, nowoczesnym politykiem ponad podziałami. A jego hasłem będzie przywrócenie ekonomicznej i prawnej godności kobiet. Wałęsa katolik mógłby się wiarygodnie opowiadać za silnym Kościołem i silnym państwem, ale stanowczo osobno. Swój rodzinny, tradycyjny patriotyzm mógłby podbudować walką o równość szans kobiet, bo to od ich sytuacji zależy przyrost naturalny. Myśląc nowocześnie o gospodarce, powinien także popierać przedsiębiorcze Polki - dzięki nim, gdy będzie już u nas wystarczająca liczba żłobków i przedszkoli, znacząco wzrośnie PKB.

Nie znam zasad działania PGK. Z mojego doświadczenia wiem, że trudno o partnerstwo z mężczyznami. Być może Wałęsa podświadomie czuje: będę młodym kogucikiem w kurniku. Jeśli w damskim zgromadzeniu głos zabiera mężczyzna, nawet gdyby egotycznie bredził, sala cichnie, jakby słuchała proroka. Nikt do tego kobiet nie zmusza, nic oprócz atawistycznych schematów, zgodnie z którymi młody kogucik szybko obrasta piórkami. W "Dzienniku" informację o przystąpieniu Jarosława do PGK zatytułowano: "Młodemu Wałęsie bliżej do posłanek". Wydaje mi się, że znacznie bliżej mu do politycznej kariery, a przynajmniej właśnie zaczętej gry wstępnej o nią.