Byłoby dla mnie coś niezmiernie krępującego w zaproszeniu przez prawicową gazetę do dyskusji nad – być może ostatecznym – kryzysem formacji lewicowej. Byłoby – gdyby LiD można byłoby uznać za lewicę. Pojawiające się w mediach od czasu do czasu pytanie, czy lewica może zniknąć w Polsce z parlamentu, jest jednak źle postawione. Lewicy parlamentarnej – takiej, która reprezentuje w Sejmie interesy pracownicze, walczy o sprawiedliwszy podział dochodu narodowego, mądrze i niekoniunkturalnie upomina się o świeckość państwa i wolność światopoglądową – od dawna na Wiejskiej nie ma. Jej miejsce zajmuje pozbawiona pomysłu na Polskę i na samą siebie masa upadłościowa po SLD i Unii Wolności.

Andrzej Smosarski w otwierającym debatę „Dziennika” artykule obficie opisał grzechy postkomunistów przeciwko elementarnym wartościom lewicy. Apogeum prawicowej ewolucji SLD to oczywiście rządy Leszka Millera. Nigdy dosyć przypominania o wprowadzonych wtedy antypracowniczych zmianach w kodeksie pracy, obniżkach podatków dla biznesu, podlizywaniu się hierarchii kościelnej, utrzymywaniu fałszywego „kompromisu” w sprawie aborcji, wreszcie wysłaniu wojsk polskich na awanturę iracką. Konserwatywno-liberalnemu Millerowi nie można było jednak odmówić wyrazistości. Uczucie, którym zapałał do podatku liniowego, budziło dreszcz grozy nawet u umiarkowanych lewicowców, ale przynajmniej miało jakąś temperaturę. Dogasający LiD jest letni i niewyrazisty – zwłaszcza odkąd IV RP, ostatnie zjawisko naprawdę elektryzujące jego przywódców, przeszła do historii.

Dzisiejszy LiD sprawia w ogóle wrażenie, jakby nie interesowały go przesadnie problemy przeciętnej Kowalskiej – pracującej za 1500 zł na rękę i żyjącej tym, jak związać koniec z końcem, a nie bojami o niezależność palestry. Dobrze obrazował to „dokument programowy” koalicji z ostatnich wyborów. Siedemdziesiąt stron „Nowej nadziei, nowej polityki” wypełniała głównie krytyka kaczyzmu. Na resztę jakby zabrakło miejsca. Sprawom pracowniczym poświęcono zaledwie dwa (!) króciutkie akapity. Co gorsza, składały się na nie głównie „odkrywcze” stwierdzenia typu: „Jedną z największych słabości polskiej gospodarki jest jednoczesne występowanie, z jednej strony, wysokiego rejestrowanego bezrobocia, a z drugiej strony pogłębiającego się znacznego braku wykwalifikowanej kadry”. Rozwarstwienie płac, zaległości w wypłacaniu wynagrodzeń czy masowa skala łamania przepisów kodeksu pracy nie zasłużyły nawet na wspomnienie. Prześladowaniu pracowników za zakładanie związków zawodowych – a warto pamiętać, że to jedna z głównych przyczyn słabości polskiego ruchu związkowego, jego niezdolności do zakorzenienia się w sektorze prywatnym – autorzy programu LiD poświęcili jedno zdanie, i to na marginesie działu poświęconego wolnościom obywatelskim. Miejsca nie zabrakło natomiast na powtórzenie neoliberalnych zaklęć o „ograniczaniu dynamiki wzrostu wydatków państwa i dyscyplinie budżetowej”.

Przywołuję ten dokument sprzed kilku miesięcy, w którym państwu prawa poświęcono siedem stron, a sprawom pracowniczym całe sześć zdań, bo świetnie odbija intelektualną bezradność LiD wobec istotnych problemów społecznych i – zarazem – jego postępująca orientację na klasy średnie. Strategia ta, być może niegłupia w perspektywie zmęczenia elektoratu rządami konserwatywnej PO, ostatecznie lokuje LiD w liberalno-demokratycznym centrum sceny politycznej. Na lewicy społecznej zieje próżnia. Tu można zresztą dopatrywać się jednej z przyczyn utrzymującej się popularności PiS. Tak jak liberalne klasy średnie zagłosowały w ostatnich wyborach na PO, żeby – zgodnie z apelem „Gazety Wyborczej” – „zatrzymać PiS”, tak wielu spośród przegranych transformacji poparło PiS nie z miłości do spiskowych teorii jej prezesa, ale w obawie przed prywatyzacją służby zdrowia czy edukacji, chcąc „zatrzymać PO”. Klincz PiS-PO będzie zapewne trwać, dopóki nie pojawi się w Polsce lewica społeczna. Podział sceny politycznej pomiędzy dwie partie prawicowe jest oczywiście w dużej mierze sztuczny, bo choć PiS chętnie korzysta z poparcia Polski „B”, to programowo, także w kwestiach gospodarczych, nie różni się przesadnie od PO, czego aż nadto dowodów dostarczyły dwuletnie rządy bliźniaków. Póki co brak jednak ciągle siły, która powiedziałaby „sprawdzam” i zweryfikowała mit o lojalności plebejskiego elektoratu wobec braci Kaczyńskich.

Jak mogłaby wyglądać taka społeczna lewica? Przede wszystkim powinna otwarcie wrócić do polityki reprezentacji konkretnych grup społecznych. W realiach III RP partie „dla wszystkich” pilnowały interesów elit ubranych w kostium „racjonalności” i „braku alternatywy”. Przyszła lewica powinna jasno mówić, że stoi po stronie pracowników. Pracownicy Anno Domini 2008 to oczywiście niekoniecznie umazana towotem wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, co nie zmienia faktu, że większość utrzymujących się z własnej pracy łączy wspólnota interesów. Widać ją choćby na przykładzie usług publicznych. Lwia część polskiego społeczeństwa korzysta dziś z państwowej edukacji i służby zdrowia finansowanych z budżetu i składek ubezpieczeniowych. Tylko bogatych stać na prywatną opiekę lekarską, czesne w elitarnym gimnazjum, naukę angielskiego w renomowanej szkole językowej... Ta głośna mniejszość domaga się prywatyzacji usług publicznych i obniżenia obciążeń fiskalnych, bowiem dziś płaci za usługi, z których nie korzysta. Co więcej, dzięki progresji podatkowej łoży na nie proporcjonalnie więcej niż biedniejsi współobywatele. W interesie większości jest jednak nie obniżenie, a podniesienie nakładów budżetowych na usługi publiczne, tak aby podnieść ich jakość i dostępność – a zatem zwiększenie dochodów budżetu m.in. poprzez zaostrzenie progresji. Zadaniem przyszłej lewicy będzie uświadomienie paniom Kowalskim i panom Nowakom łączącej ich wspólnoty interesów, pomoc w samoorganizacji i wyartykułowaniu żądań – nie tylko po to, aby obsługiwać społeczny gniew i zapobiec zagospodarowaniu go przez prawicowych populistów, ale przede wszystkim dlatego, że zbudowanie alternatywy dla neoliberalnego modelu rozwoju będzie niemożliwe bez aktywnego udziału zorganizowanego, świadomego swoich interesów społeczeństwa.

Tu dochodzimy z powrotem do pytania, dlaczego SLD i jego kolejne wcielenia nie stały się taką lewicą. Prawdziwie demokratyczna polityka jest niemożliwa bez zakorzenienia w żywych ruchach społecznych. Święcący triumfy skandynawski model gospodarczy mógł powstać tylko dzięki potędze szwedzkich czy duńskich ruchów pracowniczych. Dziś, jak słusznie wskazuje na łamach „Dziennika” naczelny „Le monde diplomatique” Przemysław Wielgosz, podobne źródła ma lewicowy skręt w Ameryce Łacińskiej. Tymczasem polska formacja postkomunistyczna, wywodząca się z biurokracji partyjnej, wychowana została w głębokiej nieufności do wszelkiej samoorganizacji. Ilekroć w PRL dochodziło do takowej – tyle razy przed starszymi kolegami Olejniczaka i Napieralskiego stawała wszak groźba wysadzenia z siodła. Jedyny łącznik pomiędzy Rozbrat a środowiskami pracowniczymi, słabnący OPZZ, od niepamiętnych czasów był traktowany przez Sojusz instrumentalnie, ba – zmuszany wręcz do przyklepywania antypracowniczej polityki eseldowskich rządów. Partia Olejniczaka odziedziczyła po swojej rządzącej w PRL poprzedniczce cały wachlarz przywar partii władzy: od hierarchicznej, feudalnej struktury, przez traktowanie działalności politycznej jako elementu kariery zawodowej, po wyniosłą pogardę dla niezależnej działalności społecznej. Efekty widać dobrze na przykładzie młodych ludzi, którzy mieli nieszczęście wejść na lewicę przez bramę z napisem „SdRP/SLD/LiD”. Młodzi socjaldemokraci zaskakująco szybko uczyli się koniunkturalizmu, taniego cynizmu, ochoczego przełykania z uśmiechem takich gorzkich pigułek jak Millerowa propozycja wprowadzenia podatku liniowego czy koalicja z fanami Leszka Balcerowicza z PD. Tu tkwi być może najgorsza z konsekwencji zawłaszczenia przez SLD miejsca lewicy: zmarnowany potencjał ludzi, którzy przychodzili walczyć o sprawiedliwość społeczną i prawa człowieka, by wkrótce albo zniechęcić się do wszelkiej działalności politycznej, albo skończyć, nosząc teczkę za lokalnym baronem i nasiąkając przekonaniem, że „nie ma alternatywy”. Wielu tkwi jeszcze zapewne w strukturach LiD-owskich młodzieżówek, licząc na mityczny „lewicowy zwrot”, który nigdy nie nastąpił i zapewne nigdy nie nastąpi...

Niezależnie od tego, czy w kolejnych sondażach LiD znowu znajdzie się poniżej progu wyborczego, czy też przekroczy go o procent lub dwa, coś w historii formacji zajmującej w Polsce miejsce lewicy, skończyło się nieodwołalnie. Przez lata wszelkie próby budowy lewicowej alternatywy – od dawnej Unii Pracy po podjętą przez Piotra Ikonowicza próbę uniezależnienia PPS – środowiska eseldowskie niszczyły z pozycji siły. Zaklęcia i wezwania, by „nie marnować głosów na rozbijaczy”, długo okazywały się skuteczne. Katastrofa rządów Millera zamknęła jednak tę epokę. Dziś to, co z SLD pozostało, samo boryka się z odpływem wyborców: po latach neoliberalnej polityki znikł elektorat socjalny z pierwszych lat transformacji, a wyuczeni mantry „nie marnować głosu” antykaczyści wybrali w ostatnich wyborach PO. Nie oznacza to oczywiście, że śmiertelne zejście formacji postkomunistycznej jest nieuniknione, ani też, że pozycje opuszczone przez przesuwający się ku centrum, liberalno-demokratyczny LiD z miejsca zajmą demokratyczni socjaliści. Przyszła lewica wykluwa się dopiero spośród ludzi, którzy dziś angażują się w pomoc represjonowanym pracownikom, organizują ruchy lokatorskie, chodzą na feministyczne Manify, zakładają spółdzielnie socjalne i centra społeczne, działają w niezależnych organizacjach studenckich, starają się zaszczepić krytykę społeczną w kulturze, jeżdżą na alterglobalistyczne protesty... Dziś środowiska te są ciągle jeszcze mało widoczne, rzadko piszą o nich media. Nieco wody upłynie jeszcze, nim będą w stanie efektywnie dać w Polsce odpór prawicy. Jedno jest pewne – eseldowski klin, zajmujący całą przestrzeń na lewo od centrum, w znacznym stopniu zmurszał. LiD, nawet jeśli przetrwa, nie będzie w stanie podjąć walki z neoliberalną hegemonią, której główne dogmaty – świadomie bądź, co gorsza, nieświadomie – sam podziela.

Tym, którym nie podoba się Polska zdominowana przez dwie w istocie mało różniące się między sobą partie prawicowe, pozostaje żmudna praca nad odbudową niezależnej lewicy.

p

Adrian Zandberg, historyk, redaktor Lewicy.pl, działacz Młodych Socjalistów