Nie mam żadnych wątpliwości, że Partia Republikańska nominuje Johna McCaina. Jeśli zaś chodzi o Demokratów, to Hillary Clinton i Barack Obama nadal mają niemal
równe szanse. Ale to nie ma większego znaczenia, bo jestem przekonany, że ostatecznie to właśnie John McCain wygra jesienne wybory prezydenckie.
Wydaje mi się, że Amerykanie mają świadomość, że przed ich krajem stoi długoterminowe, a jednocześnie bardzo pilne zadanie walki z terroryzmem i że potrzebujemy prezydenta, który będzie
dostatecznie twardy, by stawić temu czoła. A nie wydaje mi się, żeby Partia Demokratyczna była w stanie stawić czoła terroryzmowi. Dlatego – jestem o tym głęboko przekonany
– wyborcy nie oddadzą swoich głosów na Demokratów, a to oznacza, że McCain będzie miał duże szanse.
Tak, ale natychmiast po przegranej Giuliani poparł McCaina, bo wierzy w jego program. I to właśnie John McCain ma teraz największe szanse na nominację Partii Republikańskiej i potem zwycięstwo
w wyborach.
Możemy się spodziewać kontynuacji większości działań ekipy Busha. Ta prezydentura będzie zresztą bardzo podobna do prezydentury George’a Busha, którego potomność zapamięta
przede wszystkim za jego stanowczą odpowiedź na ataki terrorystyczne.
Tego jeszcze nie wiemy. Wydaje mi się, że operacja przeciwko talibom w Afganistanie okazała się sukcesem. Teraz pojawia się dużo bardziej paląca kwestia Pakistanu – sytuacja w tym
państwie znacznie się ostatnio pogorszyła i istnieje poważne niebezpieczeństwo, że doprowadzi to do destabilizacji w sąsiednim Afganistanie. W Iraku natomiast sytuacja jest zdecydowanie
lepsza, choć to jeszcze nie koniec naszych działań w tym kraju. Za wcześnie jeszcze na podsumowania. Nie wiemy, jakie efekty przyniesie dalsza nasza obecność w Iraku.
Iran to w tej chwili bardzo istotne wyzwanie dla amerykańskiej polityki zagranicznej, bo praktycznie wypowiedział już wojnę Stanom Zjednoczonym. Irański prezydent Mahmud Ahmadineżad próbuje
zmusić nas do wycofania się z Bliskiego Wschodu i rywalizuje z nami o wpływy w tym regionie. Stara się również zbudować broń nuklearną, co oczywiście bardzo zwiększy jego wpływy, nawet
jeśli nie zdecyduje się jej użyć. Nie mam wątpliwości, że wojna z Iranem to jedyny sposób rozwiązania problemu broni nuklearnej, którą ten kraj posiada. Prezydent Bush miał zamiar to
zrobić, ale spotkał się ze sprzeciwem części rządu. Wydaje mi się, że Bush nie podejmie się ataku na Iran w tych ostatnich miesiącach swojej kadencji, ale z pewnością zrobi to John
McCain.
Inaczej wygląda sprawa z Pakistanem. Co prawda panuje tam bałagan, ale to nie jest nasz wróg, tylko sojusznik i mamy możliwość wpływania na sytuację w tym kraju. Pakistan nigdy nie zaatakuje
Stanów Zjednoczonych, nie będzie też wspierał terrorystów, którzy mogą ruszyć na Amerykę. Zagrożenie płynie raczej z tego, czy w Pakistanie wybuchnie wojna domowa, czy zapanuje chaos, co
– jak już mówiłem – może pogorszyć sytuację w Afganistanie.
Z pewnością dla eksportowania demokracji powinniśmy używać tzw. miękkiej władzy, ale jeśli chodzi o wojnę z terroryzmem, nie wolno zapominać, że dysponujemy również innymi środkami.
Walka, którą toczymy z bojownikami dżihadu, przypomina walkę, jaką toczyliśmy z komunizmem podczas zimnej wojny. Zasadniczo nie używaliśmy wtedy siły militarnej, ale musieliśmy ją mieć,
żeby móc powstrzymać komunistów od jej użycia. Oczywiście istnieją pewne różnice – nie toczymy regularnej wojny, ale musimy wciąż ponawiać wysiłki, żeby odnaleźć i zabić
terrorystów. I musimy wywierać militarną presję na rządy, które ich wspierają.
Joshua Muravchik, politolog neokonserwatywny, znawca problematyki bliskowschodniej, członek American Enterprise Institute w Waszyngtonie, autor wielu książek poświęconych konfliktowi bliskowschodniemu, m.in. „Covering the Intifada: How the Media Reported the Palestinian Uprising”