Można w tym widzieć teatr zmierzający do powstrzymania opozycji od fali protestów wyborczych. Nie zmienia to faktu, że inicjatywa Dudy miała sens tylko w tym momencie, kiedy żaden z kandydatów nie był pewien zwycięstwa. Każdego następnego dnia to już zaproszenie pokonanego przez triumfatora. Kiedy zwycięstwo Dudy jest przesądzone, nowy potencjalny lider opozycji, bo tym staje się Trzaskowski, nie pobiegnie do pałacu dyskutować z wygranym prezydentem o zmniejszaniu politycznych emocji.

Reklama

Naturalnie, takie wspólne pojawienie się byłoby tylko symbolem. Ale może podsunęłoby komuś w podzielonych polskich rodzinach myśl, że warto pójść za tym przykładem. Wedle mojej wiedzy Duda zareagował spontanicznie, przerażony poziomem wzajemnej agresji.

Można roztrząsać, czy prezydent upominający telewizję TVN za rzucanie na niego kalumnii nie powinien zacząć od siebie, od tonu propagandy rządowej TVP. Niemniej posunął się do niekonwencjonalnego kroku. W jego własnym obozie można się raczej domyślać reakcji w stylu: po raz kolejny wygraliśmy, więc agresja i skrajna polaryzacja popłaca.

Andrzej Duda ma powody, aby myśleć o prezydenturze "łagodzącej". Skrajne emocje naprawdę dewastują publiczną przestrzeń, a on ‒ nawet jeśli nakręcał się na wiecach ‒ nie ma natury politycznego drapieżnika. Ma też świadomość, że przy znikomej różnicy poparcia każdy gest tonujący nastroje może być inwestycją rozmiękczającą zwarty front przeciwnika. Młodzi wyborcy poszli do urn tłumnie. I w znacznej większości poparli Trzaskowskiego. Co to oznacza dla przyszłości prawicy za kilka lat?

Narasta też problem skupienia się niektórych środowisk wokół opozycji. Inteligencja, wykładowcy wszystkich szczebli, prawnicy, artyści, naukowcy ‒ oni będą przeżywać ciężkiego kaca po przegranej. Ale są potrzebni, jeśli chce się rządzić efektywnie. Owszem, oni też powinni sobie zadać pytanie, dlaczego po raz kolejny przegrywają. Ale to również uwaga do obecnej władzy: co im oferuje poza inwektywami TVP. I może najbardziej skazany na zadawanie tego pytania jest polityk, który musiał zdobyć 50 procent plus jeden.

Sądzę, że takie myśli pojawiają się w głowie Andrzeja Dudy. On sam przypomniał, że teraz będzie odpowiadał już tylko przed Bogiem, historią i narodem. Padały sugestie, że wreszcie będzie partnerem, "koalicjantem" własnej formacji. A jednak nie spodziewam się zasadniczo odmiennej drugiej kadencji.

Po pierwsze, choć nie czekają go już zabiegi o trzecią nominację, nie znika jego zależność od PiS. Prawda, dotychczasowi byli prezydenci rezygnowali z udziału w partyjnym życiu, z zabiegania o stanowiska. Ale czy zaledwie 53-letni w momencie zakończenia prezydentury Duda nie zechce pójść inną drogą? Zwłaszcza że nie ma szans na życie z wykładów czy doradzania międzynarodowym elitom, jak Aleksander Kwaśniewski. A jeśli zawalczy o kierowniczą pozycję w PiS? Doświadczenie Mateusza Morawieckiego pokazuje, że trzeba zacząć od zabiegów o to, aby być odbieranym jako twardy pisowiec.

Jest i sfera psychologii. Duda nigdy nie był tak wyraziście pisowski jak podczas tej kampanii. To była ryzykowna strategia, ale dała sukces. I zintegrowała go psychicznie z obozem, również z jego poczuciem krzywdy. W wieczór wyborczy chciał gasić emocje. Ale za kilka tygodni, gdy opozycja odrzuci jego pierwsze zaloty, pozostanie rozżalenie z powodu krzywd ze strony "Faktu" czy TVN.

W teorii prezydent mógłby teraz posłużyć do pozyskania części opozycji, co zapowiedział w kampanii. Dogadanie się z ludowcami dałoby możliwość przejęcia większości w Senacie i w kilku sejmikach wojewódzkich. Ale wątpliwe, aby liderzy PSL, obolali po porażce Kosiniaka-Kamysza, w to weszli. Przestraszą się wchłonięcia. Tym bardziej nie wejdzie Konfederacja ze swoim podzielonym elektoratem. Owszem, w przyszłości prezydent będzie mógł patronować kolejnym inicjatywom "ociepleniowym". Tyle że podejście Jarosława Kaczyńskiego jest odmienne.

On, rzecznik odgórnej rewolucji, nie chce żmudnego wyłuskiwania kolejnych kawałków elektoratu. Gdyby ktoś mu przyniósł na tacy PSL, pewnie by przyjął, ale sam ma inną receptę na utrwalanie zwycięstwa: to przebudowa boiska, aby zmienić reguły meczu.

Co będzie, jeśli Zbigniew Ziobro przekona Kaczyńskiego do idei nowej "reformy" sądów? Pod pozorem zmiany ich struktury umożliwi ona wreszcie czystkę i próbę ręcznego sterowania nimi na większą skalę. A co z przebudową rynku medialnego? Odpowiednie projekty są gotowe, emocja przeciw "niemieckim mediom" to niezła podbudowa pod nie. A TVP ‒ czy nie potrzebuje coraz większych dopłat z budżetu państwa?

Jak się wobec tych pomysłów ustosunkuje prezydent? Skorzysta z prawa weta? Czy zechce być lepszym pisowcem? Kaczyński może natrafić na opory w swoim obozie. Jego większość jest krucha, ideologami twardych akcji są głównie politycy Solidarnej Polski skłóceni z Morawieckim. Premier jest czuły na reakcje Zachodu. Ale do tej pory wola Kaczyńskiego zawsze przesądzała. A przy jeszcze nasilonej polaryzacji opartej na kampanijnych nienawiściach nawet Jarosław Gowin ma małe pole manewru.

W tych warunkach Duda może być ostatnią zaporą przed pokusą walki z różnymi instytucjami i środowiskami. Tyle że w nim samym zawsze mało było siły, aby pójść wbrew "swoim". Dojdzie jeszcze poczucie wdzięczności dla partii matki i solidarności z pisowskim ludem, który w internecie tropi wrogów. To także wrogowie pana prezydenta.