Teoretycznie PiS mógłby przeforsować nowe regulacje bez udziału opozycji, odrzucając weto Senatu. I jeszcze wyszedłby z tego obronną ręką, mogąc twierdzić, że jest konsekwentny i nie zmienia zdania o 180 stopni, jak opozycja, oraz że proponuje w końcu systemowe rozwiązania (np. waloryzację wynagrodzeń parlamentarzystów).

Reklama

Zamiast tego wybrał opcję, by "projekt zakończył swoją historię”, jak to poetycko określił wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki. Co więcej, PiS najwyraźniej się… obraził. Jak słyszę, w tej kadencji nie należy się już spodziewać jakiejkolwiek formy powrotu do tematu podwyżek. – Teraz temat na lata jest nie do ruszenia. Ja już nie zagłosuję za żadnym projektem podwyżek, nieważne, czy będę dalej w opcji rządzącej, czy w opozycji. W tej sprawie nie idzie się po prostu dogadać – załamuje ręce jeden z prominentnych działaczy PiS.

Nic dziwnego, że na kanwie ostatnich wydarzeń w partii rządzącej rzucane są nowe, luźne pomysły. – Może teraz powinniśmy obniżyć wynagrodzenia sędziom, skoro jest aż taka nierównowaga w zarobkach między władzą wykonawczą i ustawodawczą z jednej strony a sądowniczą z drugiej? A może całkowicie otwórzmy zawód posła, niech sobie dorabia, gdzie chce, i niech będzie posłem przy okazji, niczym samorządowy radny? – sugeruje polityk PiS. Po stronie opozycji można za to dostrzec symptomy politycznego kaca. Z jednej strony świadomość wizerunkowej gafy, z drugiej nadzieję, że szybkie przecięcie tematu spowoduje, iż wyborcy równie szybko zapomną o wpadce.

Pytanie, co dalej. O ile wiemy już, że PiS postanowił zarzucić temat na dłużej, po stronie opozycji pojawiło się poczucie zaprzepaszczonej szansy. I to może się okazać motorem napędowym do ponownego ruszenia tematu wynagrodzeń. – Może jak PiS zobaczy, że tym razem to my wychodzimy z inicjatywą, to zmieni nastawienie – zastanawia się polityk opozycji. Marszałek Senatu Tomasz Grodzki jeszcze przed głosowaniem w izbie wyższej wyszedł z propozycją powołania zespołu parlamentarnego, który zająłby się przygotowaniem „kompleksowego programu uregulowania płac w szeroko pojętej sferze budżetowej”.

Jak wczoraj usłyszeliśmy, jednym z pomysłów jest to, by zespół wziął na warsztat projekt ustawy, który w styczniu 2019 r. zaprezentowali samorządowcy ze Związku Miast Polskich. Dotyczył on uregulowania na nowo wynagrodzeń lokalnych włodarzy (m.in. oparcie wynagrodzenia o przeciętną płacę w gospodarce podawaną przez GUS czy odejście od sytuacji, w której prezydent zarabia mniej od szeregowych pracowników na stanowiskach specjalistycznych). Projekt ten – jak mówi polityk opozycji – mógłby zostać rozszerzony o te same grupy polityków, które obejmował uśmiercony projekt podwyżkowy.

Czy ta inicjatywa ma szansę na sukces? Na razie niewielkie, bo PiS na dziś nie chce uczestniczyć w pracach zespołu. Mamy więc klasyczny pat i wygląda na to, że posłowie dalej będą się rozglądać za dodatkowymi źródłami dochodów, do samorządu zamiast fachowców trafiać będą coraz częściej ludzie bez lepszego pomysłu na życie, a wiceministrowie po kilku latach nabierania doświadczeń w administracji odejdą do biznesu wraz z całą wiedzą operacyjną, wpływami i kontaktami.

W tym ostatnim przypadku mocno się zdziwię, jeśli odchodzący wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński, mocno rozpoznawalny w związku z pandemią, nie zostanie za chwilę zwerbowany przez branżę farmaceutyczną. Natomiast prawdziwy exodus zacznie się na jesieni, tuż po rekonstrukcji i planowanych cięciach w administracji. Efekty tych zmian trudno przewidzieć, ale coś mi podpowiada, że jeszcze zatęsknimy za pomysłem podwyżek.