>>> Autorki filmu "Trzech kumpli": Spotkanie Maleszki było szokiem
"
JAN WIDACKI: Nie podobał mi się, był bardzo nierzetelny. Śledztwo w sprawie Stanisława Pyjasa prowadził i umorzył prokurator Stańczewski. Żyje do dziś, jest adwokatem, ale nikt go nie
pytał o okoliczności sprawy, o to, czy go ktoś naciskał, o nic.
Nie wiem, co by powiedział, ale rzetelność nakazywała spytanie go. Kolejna sprawa - funkcjonuje mit, że sekcję zwłok Pyjasa przeprowadził prof. Zdzisław Marek. Tymczasem sekcję
przeprowadzili doktor Kołodziej i doktor Próchnicka - czy ktoś ich pytał?
Był wtedy kierownikiem katedry medycyny sądowej.
Nie, nie, podaje pan nieprawdziwe fakty. Nie ma mowy o skręceniu karku, tylko o zadławieniu się krwią. Napisano tam, że źródłem krwawienia było obrażenie spowodowane przez uraz czynny lub
bierny, ale biorąc pod uwagę okoliczności znalezienia zwłok, przyjmują, że był to uraz bierny.
Niczego takiego nie ma w aktach sprawy, a dr Kołodziej był na ul. Szewskiej, gdzie znaleziono ciało.
No nie, proszę pana, profesor Marek ma 90 lat!
To, że to starszy schorowany człowiek, który zapłacił za tę sprawę karierą akademicką.
A za co miałby spaść? Pan ma jakąś tam opinię, ja mam zupełnie inną, a znam profesora, bo współpracowałem z nim przez wiele lat.
Proszę pana, byłem wezwany jako świadek przez sąd. Byłem już nominowany na ambasadora na Litwie, ale jeszcze nie wyjechałem, a skoro dostałem wezwanie, to poszedłem na rozprawę i, o ile
pamiętam, w ogóle nie mówiłem tam o sprawie Pyjasa, tylko o działalności prof. Marka.
W publicznej wypowiedzi brzmi to nieelegancko, ale prywatnie można mówić różne rzeczy.
Nie wiem, o to należy pytać prof. Marka.
Proszę nie kazać mi się tłumaczyć z wypowiedzi prof. Zdzisława Marka.
Ja nie jestem obrońcą prof. Marka, naprawdę!
Wedle mojej oceny ten film ma się nijak do tego, co ustalono w śledztwie w sprawie śmierci Pyjasa prowadzonym w latach 1992 - 1999.
Proszę pana, to była rozmowa ze starszym, mocno schorowanym panem, który tą sprawą jest dręczony od iluś tam lat, który nie potrafi o tym mówić spokojnie. Czego pan od niego oczekuje?
Nie podważa jego wiarygodności sprzed trzydziestu lat, kiedy podpisywał się na opinii w sprawie śmierci Pyjasa. Jego dzisiejsze zachowanie nie może rzutować na tamten okres.
No nie. Nie jestem zwolennikiem żadnej tezy, tylko proszę ode mnie nie wymagać, bym na życzenie zmieniał pogląd. Wyrobiłem go sobie w oparciu o moją wiedzę, znajomość akt i tamtejszych
realiów i jestem przekonany, że tu nie było zabójstwa, tylko nieszczęśliwy wypadek. W przypadku pobicia ze skutkiem śmiertelnym ofiara ma wiele obrażeń. Pyjas miał ich bardzo niewiele, w
zasadzie tylko przecięcie śluzówki połączone z intensywnym krwawieniem, reszta to drobne otarcia. Gdyby go ktoś pobił i zostawił, to nie miałby pewności, czy nie przeżyje.
A skąd pan ma tę wiedzę?
Jedna z wielu, niczym niepotwierdzona, niech pan da spokój.
Bo to hipoteza wzięta z księżyca! Powtarzam, że człowiek pobity ze skutkiem śmiertelnym ma wiele różnorakich obrażeń, a tu było ich bardzo niewiele.
Nie ma innego.
No tak! I widział ślad po kuli!
Medycy sądowi byli innego zdania.
W ocenie obrażeń mam większe zaufanie do nich niż do laików.
Co mają do tego życiorysy?!
Proszę pana, gdyby to miał być spisek, musiałby ogarnąć kupę ludzi: dwóch lekarzy wykonujących sekcję, laborantów, trzeba by zmienić pisany na żywo protokół - to przecież niemożliwe!
No dajmy spokój!
Pewnie się zdarzały przed 1956 rokiem.
Poważny zakład akademicki, z poważnymi, szanowanymi ludźmi z jednej strony, a z drugiej ocena obrażeń dokonana przez przyjaciół. Przecież oni się na tym nie znają!
Ależ skąd! Ja najchętniej w ogóle nie mówiłbym o śmierci Pyjasa i niepytany milczę na ten temat. Rozumiem, że każdy - to środowisko również - ma prawo do swojej legendy, a śmierć
Pyjasa wydała błogosławione skutki. To po jego śmierci zaczął się w Krakowie niezależny, autentyczny, szczery ruch opozycyjny, jakim był SKS, cześć i chwała ludziom, którzy w nim
działali. Nie czepiam się ich mitu założycielskiego, ale niech nikt ode mnie nie wymaga, bym mówił coś wbrew swojej wiedzy.
Taka opinia to efekt czarnego pijaru. W swojej praktyce broniłem jakieś tysiąc osób, a wśród nich słownie jednego funkcjonariusza SB, pana K. To jeden promil moich klientów.
...w obronie?
Bo to jakieś bzdury. No nie, rolą adwokata jest bronić, a jak się przesłuchuje świadków, to trzeba być konsekwentnym i zdecydowanym. To czasem może być dla świadków nieprzyjemne, zdaję
sobie z tego sprawę, ale ważne, żeby mój klient nie został skrzywdzony.
Pana Karkoszę reprezentowałem przed sądem lustracyjnym, ale sprawa została umorzona, bo sąd uznał, że Karkosza nie może być lustrowany, ponieważ nie pełni funkcji publicznych. Czytałem
akta i po ich lekturze nie wiem, czy Karkosza był agentem SB, czy też nie. Podziwiam tych wszystkich, którzy to wiedzą.
Proszę pana, w czasie, kiedy działał Karkosza, było w Krakowie chyba trzech TW „Monika”.
Może był, tego nie wiem, ale właśnie dlatego nie chcę niczego przesądzać.
To prawda, broniłem jej. Przyszła i poprosiła mnie o obronę, a ja nie jestem od oceny moralnej postępowania klientów. Uważam, że pani Ćwiklińska miała zgodę swoich przełożonych na to,
co robiła, i nie będę się wdawał w dywagacje winna - niewinna. To w procesie radzieckim adwokat, jeśli doszedł do przekonania, że klient jest winny, miał obowiązek współpracować z
prokuraturą.
To niemądre pytanie, na które nie mogę odpowiedzieć. To tak, jakbym pana spytał, czy panu bliżej do tamtej pani za oknem czy do kelnerki?
Pan K. był moim klientem, taki łączy mnie z nim związek.
Bogusława Sonika bardzo lubię i cenię, a nie mogę tego powiedzieć o oficerach SB. Z całą pewnością bliżej mi do ludzi opozycji niż do esbeków - to poza wszelkim sporem.
Mówimy ciągle o jednym procesie, w którym broniłem inspektora wydziału śledczego MSW! Powtarzam, że to jedna z jakiegoś tysiąca moich spraw.
Ludzie wybierając obrońcę, kierują się różnymi przesłankami. Pewnie też uwzględniają markę adwokata, jego umiejętności, renomę - to oczywiste. Ja byłem adwokatem z dobrą marką i
broniłem setki przestępców.
Są tacy, których nie mógłbym bronić jako osobiście zainteresowany sprawą, choćby swoich bliskich. Przyszła do mnie pani, którą oskarżył Zbigniew Wassermann, ale odmówiłem jej obrony, bo sam wytoczyłem Wassermannowi proces o naruszenie dóbr osobistych.
Jak ktoś do mnie przychodzi i prosi o obronę, to muszę się tego podjąć, bo moim celem jest pomaganie ludziom, bronienie ich. Nie mógłbym przecież powiedzieć oskarżonemu: "Wie pan,
to co pan zrobił, jest tak obrzydliwe, że ja pana nie będę reprezentował. Niech pan idzie do kolegi, on jest mniej wrażliwy”.
Każdy może być skrzywdzony fałszywym oskarżeniem. Ja broniłem wielu zabójców, pedofilów, sprawców odrażających zbrodni. Nawet kiedy ich wina jest oczywista, to rolą adwokata jest
pilnować, by kara była sprawiedliwa.
"
Właśnie tak! To jedyne podejście.
To absurdalne. Jak ktoś jest tak wrażliwy, że nie może bronić mordercy, to niech nie prowadzi spraw karnych.
Bo wydrukowała moje sprostowanie. Nie byłem żadnym wykładowcą. Jeszcze przed stanem wojennym prowadziłem na Uniwersytecie Śląskim seminarium doktorskie i miałem kilku doktorantów ze szkoły
MSW w Legionowie. Ponieważ MSW nie godziło się, by oni jeździli całą grupą, to kilkakrotnie ja przyjechałem do nich.
Nie byłem, przyjeżdżałem tam tylko na spotkania z moimi doktorantami. Raptem trzy, cztery razy.
Za to płaciła mi szkoła w Legionowie w ramach godzin zleconych.
To nie były zajęcia, tylko seminarium.
Nie byłem tam wykładowcą, bo nie miałem ze szkołą stosunku pracy. Ja się tych kontaktów nigdy nie wypierałem. Nawiasem mówiąc, potem zabroniono im kontaktu ze mną, a po 13 grudnia nie
miałem z tą szkołą żadnego kontaktu.
Trafiłem do niej jako reprezentant Lewicy i Demokratów, ale LiD się rozpadł. Wtedy zadeklarowałem, że jeśli SLD będzie miał swego kandydata do komisji, to odejdę.
To był głos pana Olejniczaka, ale były też inne głosy w klubie.
Nie przejąłem się, ale sprawa LiD była niejasna. Miałem propozycję przejścia do klubu Sojuszu, ale wybrałem koło Demokratów, które często głosuje inaczej niż SLD. Nasze drogi się
rozeszły, nowego LiD nie będzie, a w SLD zaczęły się dyskusje, czy oni nie powinni mieć swojego reprezentanta.
Chciałem dać im możliwość powołania swojego przedstawiciela. Wyczekałem do czasu, kiedy akurat PiS wyjątkowo nie chciało mnie odwoływać, bo w takiej sytuacji nie chciałem odchodzić, i
sam zrezygnowałem.
Oczywiście, że nie. Stan mojej sprawy się nie zmienił od czasu kampanii wyborczej. Prokuratura białostocka oskarża mnie, że nakłaniałem do fałszywych zeznań świadka, że przeniosłem
gryps od swojego klienta i że nakłaniałem do zatajenia prawdy pana Dochnala. Do niczego się nie przyznaję, bo żadnego z tych czynów nie popełniłem. Mam nadzieję, że proces szybko się
zacznie i wszystko się wyjaśni, a będzie to bardzo ciekawa sprawa, ciekawsza niż komisja śledcza.
Uważam, że to odstępstwo od zasady trójpodziału władz. Komisje śledcze są organami politycznymi, a nie ustalającymi prawdę.
Akurat istnienie tych komisji w tej kadencji Sejmu jest o tyle uzasadnione, że chodzi o zbadanie działań prokuratury. Normalnie takie rzeczy bada prokuratura, ale trudno, by badała ona samą siebie.
Nie popieram.
Tylko że tu nie popełniono żadnego przestępstwa, nie ma więc o czym mówić.
Powtarzam, że normalnie od takich spraw jest prokuratura, a nie komisje, ale to są sprawy wyjątkowe. Gdybyśmy nie powołali komisji, to prokuratura musiałaby badać samą siebie.
No nie, ale w komisjach nie chodziło o zachowanie pojedynczego prokuratora, tylko działalność całej instytucji.
Gdy byłem pełnomocnikiem Jana Kulczyka, nie drwiłem z komisji śledczej, tylko krytykowałem działania niektórych jej członków. Uważałem i uważam, że komisje powinny być ciałem nadzwyczajnym, powoływanym tylko wtedy, gdy sprawy nie mogą wyjaśnić organy ścigania.
Ja podałem zupełnie inną motywację. Mam ją powtórzyć?
To pan podał opacznie.
Ona ustaliła kilka ważnych rzeczy, choćby to, jak przebiegał w Polsce proces legislacyjny.
Z pewnością była najpotrzebniejsza z dotychczasowych komisji, choć jej wnioski, właśnie w zakresie procesu tworzenia ustaw, nie zostały zrealizowane. Myślę też, że to samo mogła ustalić
prokuratura.
W ten sposób każdy proces coś mówi o Polsce, obserwowanie Sejmu coś mówi o Polsce. Ale czy tego nie można było pokazać bez komisji, czy nie mogły tego pokazać media?
Centrowe, staram się unikać skrajności z jednej i drugiej strony.
Ja akurat jestem przeciw. Chce mi pan powiedzieć, że centrowość nie istnieje?
Jako katolik uważam aborcję za grzech, ale nie sądzę, że powinien ją ścigać policjant i prokurator.
Nie, bo była ona wynikiem pewnego kompromisu i to też jest wartość.
Ta ustawa właśnie była w duchu centrowa, bo nie zadowala ani fundamentalnych zwolenników wolnej aborcji, ani radykalnych jej przeciwników. I myślę, że w obecnej sytuacji politycznej lepiej
tej ustawy nie ruszać.
Polityka mnie interesuje, ale ani ona, ani adwokatura nie jest moją największą pasją, Czuję się głównie naukowcem, wykładowcą akademickim, to mnie naprawdę interesuje.
Wie pan, kiedyś bardzo lubiłem westerny. Stare, dobre westerny.
No i dobrze. Aha, a pan uważa, że ja stoję po stronie zła?
[bio]*Jan Widacki, adwokat, profesor dr hab. nauk prawnych, dyplomata, autor kilkunastu książek, poseł Partii Demokratycznej. W lipcu 2007 prokurator z białostockiej prokuratury zarzucił mu, że jako adwokat Mirosława D. ps. „Malizna”, powołując się na wpływy w gangu pruszkowskim oraz w strukturach władzy, nakłaniał świadków do składania fałszywych zeznań i wynosił z więzienia grypsy, oraz zastraszał Marka Dochnala, by ten w swoich zeznaniach ukrywał informacje obciążające Jana Kulczyka, którego przedstawicielem był Widacki. Jest felietonistą lewicowego tygodnika „Przegląd”