Rząd jedzie do Brukseli, żeby wynegocjować rozwiązanie, które pozwoli wdrożyć unijny wieloletni budżet i fundusz odbudowy. Wcześniej jednak chce doprowadzić do korekty rozporządzenia w sprawie dyscypliny finansowej Unii – by nie mogła przycinać funduszy, jeśli zobaczy zagrożenie dla praworządności.

Reklama

Dziś nie widać jakiejś klarownej perspektywy kompromisu. Albo mamy groźbę utrzymania polskiego i węgierskiego weta, albo jego wycofanie (tylko nie wiadomo, za jaką cenę). Rozporządzenie jest na prostej drodze do wejścia w życie, jego korekta wymagałaby ponownego uchwalenia. O tym, by nie zaczęło obowiązywać, raczej nie ma mowy, więc ostatnia możliwość to uzgodnienie zakresu jego stosowania.

Podobnie splątaną sytuację obóz PiS miał 13 lat temu, gdy był negocjowany traktat lizboński, który zmieniał zasady podejmowania decyzji w UE. W trakcie jego negocjowania ustępstwem wobec polskich postulatów był tzw. kompromis z Joaniny. Tak naprawdę dawał państwom UE, które nie mają wystarczającej większości na zablokowanie jakiejś decyzji, szansę na jej odłożenie w czasie. To miało pozwolić na znalezienie porozumienia. (Konkretnie umożliwiało to uzyskanie poparcia grupy państw dysponującej 55 proc. ludności lub 55 proc. liczby państw niezbędnych do utworzenia mniejszości blokującej). Miało to zrekompensować osłabienie pozycji Polski przy przejściu z systemu nicejskiego, w którym kraje miały przypisaną wagę swoich głosów, na lizboński, czyli podwójnej większości. Możliwe, że do końca grudnia Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Angela Merkel, Ursula von der Leyen i Viktor Orbán jakąś nową Joaninę w kontekście rozporządzenia znajdą. Wczoraj po wieczornym spotkaniu w Warszawie z Mateuszem Morawieckim premier Węgier w wywiadzie dla Polsat News pokazał optymizm. – Najlepiej byłoby osiągnąć porozumienie, które zbliży się lub spełni nasze podstawowe wymagania; w tym tygodniu są na to duże szanse, dzieli nas od tego centymetr – powiedział Orbán. W podobny sposób wypowiadał się także rzecznik polskiego rządu. – Jest szansa na to, by dojść do porozumienia na tym posiedzeniu Rady Europejskiej. Jesteśmy optymistami – podkreślał Piotr Mueller.

Nic dziwnego, że tuż przed szczytem swoją aktywność wzmógł Mateusz Morawiecki. Dziś w mediach kilkunastu krajów ukażą się artykuły i wywiady z polskim premierem.

Po wczorajszym spotkaniu Orbána z liderami Zjednoczonej Prawicy można odnieść wrażenie, że do porozumienia jest bliżej niż w ostatnich dniach. Podobne sygnały płynęły także z Brukseli. Niemiecki minister ds. europejskiej Michael Roth po wideokonferencji ministrów UE mówił: „Robimy wszystko, co w naszej mocy, negocjując w kuluarach, żeby znaleźć rozwiązanie, które byłoby do zaakceptowania dla wszystkich 27 krajów”.

Inaczej PiS będzie miał wybór: blokować skutecznie do końca budżet i fundusz z ryzykiem przejścia do historii jako ekipa, która przepuściła miliardy euro albo jednak przystać na rozporządzenie.

Jednocześnie swobodę manewru premiera komplikuje sytuacja wewnętrzna. Ziobryści odgrażają się, że jeśli Mateusz Morawiecki nie przywiezie z unijnego szczytu satysfakcjonującego rozwiązania, to „zaczną nazywać rzeczy po imieniu”. – Będziemy mówić, że Morawiecki przegrał te negocjacje i dał sobie i Polsce narzucić mechanizm, który pozwoli Unii mieszać się właściwie we wszystkie sprawy – przestrzega jeden z ziobrystów. Gdyby do tego doszło, oznaczałoby to prostą drogę do rozpadu Zjednoczonej Prawicy w obecnej formie.

Problem w tym, że politycy Solidarnej Polski mówią przede wszystkim o celu, jaki należałoby osiągnąć (trzeba wycofać się z rozporządzenia lub wprowadzić zasadę jednomyślności przy zawieszaniu wypłat unijnych pieniędzy), ale nie wskazują, w jaki sposób technicznie miałoby do tego dojść. Wiedzą też, że zwykłe wycofanie się z rozporządzenia nie wchodzi w grę, a jednocześnie odrzucają pomysł Jarosława Gowina o przyjęciu „deklaracji interpretującej”.

Sam Zbigniew Ziobro z jednej strony mówi o historycznym momencie dla polskiej i europejskiej polityki, a z drugiej – wcale nie ułatwia „zarządzania” tym momentem, prowadząc otwartą wojnę z Mateuszem Morawieckim. Ale Ziobro jest politycznym długodystansowcem, więc gra w jeszcze inną grę. Jego zdaniem w aktualnym sporze między Polską i Węgrami a resztą Unii Europejskiej nie chodzi już tylko o pieniądze i zasady ich dystrybucji, lecz rozłożony na lata proces przekształcania się Unii jako takiej. Te zmiany miałyby się sprowadzać do czterech punktów: likwidacji instrumentu weta (co wymagałoby zmian traktatowych), wprowadzenia ogólno europejskich list wyborczych (dziś każdy kraj wybiera u siebie z góry określoną liczbę europosłów według własnej ordynacji), zmiany zasady wyboru szefa Komisji Europejskiej (miałby nim być tzw. Spitzenkandidat wyłoniony przez Parlament Europejski, a nie osoba wyznaczona przez Radę) oraz działania miękkie, dążące do „lewoskrętnych” przemian kulturowych w Europie. Pytanie, na ile to realne zagrożenia, a na ile jedynie „projekcje” Zbigniewa Ziobry, znajdującego się w fazie antyunijnego wzmożenia.

Po drugiej stronie jest Jarosław Gowin, który gładko wszedł w rolę adwokata przedsiębiorców. Dla nich rezygnacja z miliardów euro byłaby niedopuszczalna. To go motywuje do nakłaniania do kompromisu, podobnie jak obawa, czy jest w rządzie, który znajdzie się w podręcznikach polskiej historii jako przegrany wielkiego unijnego rozdania.