Czasy amerykańskiej prohibicji przeniknęły do kultury popularnej. Ja stawiam na serial "Zakazane imperium" ze Steve'em Buscemim w roli potężnego bossa Atlantic City Enocha "Nucky’ego" Thompsona. Ale nie obrażę się, jeśli państwo wolą "Nietykalnych" albo "Dawno temu w Ameryce". Tak czy inaczej z tych filmów wynosimy przekonanie, że zakaz sprzedaży alkoholu obowiązujący w USA w latach 1920–1933 był przejawem bezsensownej, nieprzemyślanej oraz fatalnej w skutkach polityki publicznej. Nieco inny obraz wyłania się z pracy ekonomistów Davida Jacksa (Uniwersytet Yale), Krishny Pendakura i Hitoshiego Shigeoki (obaj z kanadyjskiego Uniwersytetu Simona Frasera).
Zwykło się uważać, że prohibicja (oficjalnie ustawa Volsteada, od nazwiska wnioskodawcy, republikańskiego kongresmana z Minnesoty) nie tylko nie ograniczyła skali społecznego problemu, jakim była nadmierna konsumpcja alkoholu, lecz przeciwnie – sprawiła, że piło się w Ameryce szalonych lat 20. dużo więcej. W końcu wszyscy znamy obrazki kwitnących nielegalnych klubów nocnych, w których whisky lała się strumieniami, a zyski z jej sprzedaży wpadały do kieszeni gangsterów. To mit. Weźmy poziom spożycia alkoholu w 1910 r., który był punktem odniesienia dla osób forsujących prohibicję, i porównajmy go z tym z 1934 r. – gdy ustawa Volsteada została uchylona. Gdyby prawdą była teza o tym, że Amerykanie rozpili się na przekór prohibicji, to spożycie powinno wzrosnąć. Tymczasem maleje. I to solidnie, bo aż o 63 proc. Dopiero później Amerykanie zaczęli nadrabiać pijackie "straty". Działo się tak do przystąpienia USA do II wojny światowej, gdy konsumpcja znów spadła. Poziom z roku 1910 w przeliczeniu na głowę mieszkańca amerykańskie spożycie osiągnęło dopiero w 1972 r. Dziś zaś znów jest nieco niższe niż przed I wojną światową. Choć tylko nieznacznie.
To nie koniec, bo ekonomiści odkryli jeszcze kilka interesujących faktów. Jednym z nich jest znaczący wzrost śmiertelności niemowląt, która nastąpiła po roku 1933, a więc po uchwaleniu ustawy Cullena-Harrisona, od której zaczęło się rozwadnianie prohibicji. Na początek poprzez zezwolenie na sprzedaż piwa o zawartości alkoholu do 3,2 proc. Wprawdzie do końca lat 30. niektóre stany USA pozostały w abstynencji, jednak kurs na pełną legalizację alkoholu został już wtedy jednoznacznie wyznaczony. Ekonomiści szacują, że w latach 1933–1939 w całym kraju śmiertelność niemowląt wzrosła o 4,5 tys. przypadków rocznie. Jakie były tego przyczyny? Ewidentną – picie alkoholu przez kobiety w ciąży oraz karmiące matki. Ale możliwe są też inne przyczyny, jak choćby nadużywanie alkoholu przez oboje rodziców i pogorszenie się z tego powodu poziomu opieki lub sytuacji finansowej części gospodarstw domowych. Oczywiście należy pamiętać, że lata 30. to również czas Wielkiego Kryzysu, co znacząco wpłynęło na wszystkie społeczne statystyki. W tym te dotyczące śmiertelności niemowląt.
Reklama
Ale mamy też cały zestaw argumentów używanych przez obrońców tezy, że zniesienie prohibicji było społecznie słuszne. Wśród nich na plan pierwszy wysuwa się spadek śmiertelności wśród mieszkańców miast. A zwłaszcza mniejsza liczba morderstw (ich wzrost jest tłumaczony erupcją przestępczości w czasie prohibicji). Niektórzy badacze przywołują również spadek liczby śmierci z powodu nieszczęśliwych wypadków – w tym z powodu zatrucia alkoholem nielegalnego pochodzenia. Autorzy omawianego badania nie są jednak wobec tych danych aż tak bardzo entuzjastyczni. Dowodzą, że spadek liczby morderstw nie jest znowu aż tak duży (ok. 500 rocznie w skali całego kraju).
Praca Jacksa, Pendakura i Shigeoki ma znaczenie nie tylko antykwaryczne. Sami autorzy chcieliby, by lekcja prohibicji została wzięta pod uwagę w kontekście wprowadzanej od paru lat przez niektóre stany depenalizacji innych substancji odurzających. Bo, powiadają, prohibicja to nie tylko Al Capone, ale też bardzo konkretne skutki dla amerykańskiego zdrowia publicznego. Skutki te zaś nie są aż tak oczywiste, jak by to wynikało z samych filmów na temat tamtych czasów. Jakkolwiek znakomite by to dzieła sztuki nie były.