Nie, z niektórymi dobrze żyłem, niektórych traktowałem jak znajomych, ale żadnego nie nazwałbym przyjacielem.
W moim przypadku wszystko zaczęło się od sąsiedztwa. Mieszkałem w latach 80. i 90. w Pruszkowie, mój syn był rówieśnikiem tych, którzy później budowali mafię. Chodził z nimi do szkoły.
Np. Jarosław Sokołowski "Masa" miał zainteresowania sportowe - ja również wtedy chętnie grałem w piłkę nożną i siatkówkę. Na tych boiskach pojawiali się ludzie z
marginesu. Grałem z nimi raz w tygodniu, czasem odbywały się turnieje oldboyów. Tak ich poznawałem, nie wiedząc zupełnie, czym będą się zajmować w niedalekiej przyszłości. Zresztą z
samymi gangsterami miałem kontakt rzadko. Częściej spotykałem ludzi z ich otoczenia, którzy wiele wiedzieli o mafii.
To wyszło niespodziewanie. Byłem zdumiony, kiedy pierwszy raz dowiedziałem się, z kim mam do czynienia. Tym pierwszym "moim" gangsterem był "Masa". Pamiętam,
że wybrałem się kiedyś do swojej spółdzielni mieszkaniowej i spotkałem go w drodze powrotnej. Zaczęliśmy gadać jak znajomi z boiska. Rozmowa przeniosła się na jakąś ławkę,
"Masa" zaczął zupełnie naturalnie opowiadać, że ostatnio przerzucili się na kradzież samochodów i napady na tiry. To był ciepły wieczór, a ja dostawałem gęsiej skórki,
słuchając człowieka, o którym sądziłem co najwyżej, że jest trochę cinkciarzem, a trochę handlarzem tureckim towarem. Opowiadał to zupełnie tak, jakby mówił, że uczy się na
piekarza.
Rozmawialiśmy w kontekście głośnej wtedy w Pruszkowie sprawy. Chodziło o wyrzuconych z samochodu pod Siestrzeniem dwóch mężczyzn. Obaj zginęli, a ja byłem ciekaw, czy
"Masa" wie coś więcej. To był dzień, kiedy zrozumiałem, że mam do czynienia z gangsterami. Później w Pruszkowie pojawili się "Pershing",
"Dziad" i wchodziłem w tę tematykę coraz głębiej.
Dotarło to do mnie w 1991 r. po słynnym zatrzymaniu niemal całej wierchuszki Pruszkowa w Sopocie na ul. Bohaterów Monte Cassino. Oni wracali z jakiegoś luksusowego spotkania. Dało się ich
złapać około dwudziestu - wśród nich "Pershing", "Masa", Wojciech Kiełbiński "Kiełbasa" i mój sąsiad Darek Bytniewski
"Bysio". Ostatecznie większość z nich wypuszczono, jednak wtedy zrozumiałem, że nie mam do czynienia z jednym czy drugim przestępcą, lecz z zorganizowaną grupą. Zanim
wyszli z izby zatrzymań, odwiedziłem rodziny "Kiełbasy" i "Bysia".
To wszystko był krąg sąsiedzki. Siedziałem w domu u rodziców "Kiełbasy", prostych, przyzwoitych ludzi, i uświadomiłem sobie, że sytuacja robi się nie fair. Jego matka
potraktowała mnie bardzo sympatycznie, opowiadała otwarcie o tym, czym Wojtek się ostatnio zajmował. Tymczasem wiedziałem, że wyjdę za drzwi i ją oszukam - napiszę w gazecie o jej synu jako
o gangsterze. Jeszcze mocniej czułem tę niezręczność w domu "Bysia". Jego matka witała mnie jak zbawcę. Myślała, że przychodzę im pomóc, może jako dziennikarz jakoś go
wybronię. Ja przyszedłem z zamiarem napisania, w jakich warunkach ci gangsterzy żyją, ale w końcu nie wykorzystałem tych rozmów w publikacji. Odpuściłem sobie wtedy mafię pruszkowską na
kilka lat. Moim głównym bohaterem pozostał tylko "Pershing", o którym pisałem jako o człowieku z Ożarowa.
Moim dobrym znajomym został "Masa", który w pewnym momencie przeszedł na drugą stronę, zaczął współpracę z policją. On twierdzi, że się nawrócił. Ja raczej jestem
skłonny wierzyć w pewną kalkulację. Jemu i jego bliskim groziło ze strony dawnych kumpli wielkie niebezpieczeństwo. Oddając się pod ochronę policji, być może uratował swoje życie. Mimo
to cenię go za to, że po podjęciu tej decyzji nie kręcił: odkrył przed policją cały mafijny świat, łącznie ze swoją w nim rolą. Dlatego do tej pory żyję z nim na dobrej koleżeńskiej
stopie, czasami się spotykamy, często rozmawiamy.
Na zewnątrz - tak. Wynajmuje dom i jego właściciele z pewnością nie wiedzą, że on to "Masa".
Państwo. Podobnie za ochronę. Choć był ciekawy moment, kiedy jeszcze czerpał dochody z kilku biznesów, które pozakładał na inne nazwisko - dwóch restauracji, dyskoteki. Wówczas tak się
bał zemsty kolegów, że zrezygnował z ochrony policji, obawiając się zdrady. Przez pewien czas wolał sam sobie wynajmować i opłacać ochronę.
Część tych pań wchodziła w związki z gangsterami z pełną świadomością, a wręcz chęcią wejścia w to środowisko. Ale była też grupa tych, które kierowały się czystym uczuciem. Albo
kochały ich, zanim stali się gangsterami, albo nie wiedziały, czym zajmuje się ich nowa miłość. Ja je traktowałem w jakimś stopniu jako ofiary mafii. Poznając je, czasami stawałem się ich
powiernikiem. Gangsterzy bywali wobec swoich kobiet nie mniej podli niż wobec ofiar.
Oczywiście. Dawałem gwarancję, że nie opublikuję ich słów.
To bardzo ułatwiało kontakt z bohaterami moich tekstów. Zyskiwałem rodzaj długu wdzięczności u ich partnerek. One mnie wprowadzały w pewne kręgi jako "dobrego człowieka".
I ja starałem się być dobrym człowiekiem. Im często wystarczało, żeby ktoś powiedział: "Współczuję, to rzeczywiście cholerstwo, co on pani zrobił". Np. konkubina
"Pershinga" weszła w ten związek już życiowo pokiereszowana, licząc na jakąś odmianę losu i nie zdając sobie sprawy, na co się decyduje. Opowiadała mi o swojej chorej,
kilkunastoletniej córce, którą "Pershing" traktował jak popychadło. Sam dysponując ogromnymi pieniędzmi, im skrupulatnie wydzielał na chleb i masło. Ale żeby była
jasność: nigdy nie obiecywałem, że im lub ich mężczyznom pomogę.
Nie łamałem ustaleń. Nigdy nie napisałem o tym, czego dowiadywałem się w dyskrecji. Starałem się być uczciwy i możliwie sympatyczny.
W tych kontaktach nigdy nie byłem osobą prywatną. Ale jako dziennikarz w wielu sytuacjach zapewniałem, że rozmowa zostaje między mną a informatorem. To nie zmieniało naszych relacji. Nigdy
nie pozostawiałem najmniejszych wątpliwości, że nie będę nikomu pomagał.
Raczej sumienie mnie nie gryzie. Nigdy nikogo tak naprawdę nie skrzywdziłem. Chyba nie napisałem niczego na wyrost. Natomiast przyznaję, że rozmawiałem z nimi z założeniem, że to są
bandyci, ludzie źli i nieuczciwi, nie można im wierzyć na słowo ani ich żałować. Ich czyny nie pozwalały wątpić, z kim mam do czynienia.
Nigdy. Raz tylko pojawiłem się dość przypadkowo na wielkiej imprezie, gdzie byli mafiosi. Jakoś byłem już wtedy wśród nich znany, więc mnie obstąpili i pogadałem z nimi. Nigdy jednak z
nimi nie piłem. Drugi raz był całkowicie służbowy: pojawiłem się w pewnej restauracji na imprezie, o której było wiadomo, że jest mafijna. Chciałem ich zobaczyć, przyjrzeć się, czy
dokonują jakichś rozliczeń, transakcji itp.
Żadnej w tym misji. Starałem się w miarę rzetelnie wypełniać dziennikarskie zadania. Dziennikarz powinien dostarczać odbiorcy atrakcyjny towar. Nawet gdybym pisał o teatrze, to starałbym
się szukać raczej jego ciemnej strony. To jest ciekawsze.
Czasami brałem pod uwagę wycofanie się ze względu na dzieci, które mnie o to prosiły. Martwiły się o mnie. Zawsze miały wrażenie, że trochę za bardzo się wystawiam na linię ognia. Ja
się nie bałem, bo - może to dziwne - wychodzę z założenia, że gangsterzy to ludzie tchórzliwi. Działają często na oślep. Ale też nie można przewidzieć, czy pisząc niewinny tekst o
jednym z nich, nie narażę się na wściekłość. Jeśli to szaleniec, to nikt mnie nie uratuje przed zemstą. Nie znam granicy, po przekroczeniu której zaczyna się zagrożenie, więc też nie
umiem brać jej pod uwagę. Gdybym zaczął się bać, powinienem wycofać się na dobre. Nie można pisać o przestępcach, ale z wyłączeniem jednego z nich, tak jak nie można pisać o polityce,
omijając jakieś tematy.
Nie gangsterzy, bo wtedy o nich jeszcze nie pisałem. Gdybym miał snuć przypuszczenia i wytypować pięć osób, które mogły to zrobić, to jeden z tych strzałów okazałby się celny. Jednak
pięć strzałów to duży rozrzut. Nie zdecydowałbym się kategorycznie wskazać "to on".
Bardzo chciałbym to wyjaśnić, ale nie zadręczam się, bo wiem, że dojście prawdy w tym przypadku jest nierealne. Odłożyłem tę sprawę.
To był bardzo gorący czas. Zaczynałem grzebać w sprawach zbrodni dawnej bezpieki, które później trafiały do prokuratury i kończyły się procesami. Wygrzebywałem zapomnianych świadków
albo nieznane fakty. Wielu osobom mogłem się narazić.
Na pewno o sprawie zabójstwa Przemyka. Dotarłem w Radomiu do Czarka Filozofa, kolegi Przemyka, naocznego świadka bicia na komisariacie. To jeden z nielicznych moich bohaterów, z którym się
autentycznie zaprzyjaźniłem. On był kluczowy, bo kiedy nareszcie po wielokrotnych namowach zdecydował się zeznawać, spowodował wszczęcie na nowo śledztwa. Drugą z takich spraw było
zabójstwo księdza Zycha. Podważyłem wersję, wedle której ksiądz Zych miał umrzeć w wyniku przepicia. Dowodziłem, że główni świadkowie byli podstawieni: to agenci służb albo osoby
przez nich wciągnięte w sieć zobowiązań i szantażu. A ksiądz zginął zabity przez SB. Była jeszcze sprawa kilku generałów MSW, których zbrodnie opisywałem. Przeze mnie musieli złożyć
dymisje. Co najmniej dwóch z nich mogło się mścić. Dowiedziałem się wreszcie o niszczeniu dokumentów Wojskowej Służby Wewnętrznej przez generała Bułę. Powiedział mi o tym jeden z
oficerów, wskazał ośrodek w Mińsku Mazowieckim. Ten donos się potwierdził, dotarłem np. do palacza, który wrzucał do pieca worki pełne papierów. To była poważna sprawa, siedmiu ludzi
posadziłem na ławie oskarżonych.
Na pewno. Esbecy są bardziej doświadczeni i nie tak prymitywni jak mafia. Znają profesjonalne sposoby krzywdzenia ludzi. Mają do dyspozycji dawnych kolegów wyspecjalizowanych np. w podkładaniu
ognia, strzelaniu z odległości, podawaniu trucizny. I o ile gangsterzy nie potrafią na ogół zatrzeć śladów swoich zbrodni, o tyle ludzie służb są w tym mistrzami.