Dziennik Gazeta Prawana logo

Jak rodziła się mafia

29 marca 2008, 03:01
Ten tekst przeczytasz w
Którzy politycy przyjaźnili się z gangiem pruszkowskim? Jak wyglądało mieszkanie "Dziada"? O tych i innych tajemnicach polskiej mafii opowiada w wywiadzie dla DZIENNIKA Piotr Pytlakowski, znany dziennikarz tropiący półświatek. Robert Mazurek wyciąga też od niego m.in. szczegóły piwnych przekrętów w wagonach Wars.


"Baranina". Czemu się pan śmieje? Człowiek ma taki pseudonim, na jaki zasługuje.


A wcześniej próbował wypić jakąś truciznę i skarżył się, że mu nie smakuje. A Ireneusz Sekuła? Według oficjalnej wersji, trzy razy do siebie strzelił, a potem zawiadomił rodzinę, że jest postrzelony.


Musiał być niesamowicie zdeterminowany, skoro strzelał do siebie trzykrotnie, a potem nagle mu ta determinacja przeszła i dzwonił po pomoc.


Mnie to ciekawi, opisuję ten świat.


Tak jest. Chce pan koniecznie zaprowadzić mnie na ławę sądową? Jerzy Dziewulski już groził mi procesem, gdy cytowałem opowieść "Masy", o "łysym pośle SLD".


Większość z tych polityków wybroniłaby się przed prokuratorem czy sądem, dlatego frustrację budzi raczej moralna strona ich czynów. W końcu w ich kręgu towarzyskim pojawiały się dziwne osoby, które nigdy pojawić się nie powinny, a im to nie przeszkadzało, wręcz lubili to, imponowało to im.


Przypomnę sytuację z połowy lat 90., kiedy na salonach pojawiali się politycy, biznesmeni i osoby im towarzyszące, takie jak Jarosław S., pseudonim "Masa", Andrzej K., "Pershing". Tacy ludzie bywali na rautach, w ambasadach, wszędzie.


Ale ja nie mówię o przypadkowych zdjęciach, jakie ma jedna z aktorek z "Nikosiem", którego spotkała podczas kręcenia filmu "Sztos". Mówię o takich ludziach jak nieżyjący znany warszawski radny Bogdan Tyszkiewicz, któremu imponowało, że jest po imieniu z przestępcami. On i jemu podobni działacze samorządowi utrzymywali stałe kontakty z gangsterami.


Andrzej Milczanowski mówił, że mafia to jest we Włoszech, a u nas jest przestępczość zorganizowana. Ale jest ona zorganizowana w stopniu tak wysokim, że tworzą się zależności między gangsterami a politykami, samorządowcami operującymi publicznymi pieniędzmi, poważanymi biznesmenami. A to przecież rodzaj mafii. Kiedy zacząłem o tym pisać na początku lat 90., dostrzegłem, że to nie margines, ale całkiem poważne, groźne i rosnące zjawisko społeczne.


Jeśli wierzyć relacjom "Dziada" potwierdzonym innymi zeznaniami, to interesy z mafią robił Ireneusz Sekuła - były wicepremier, szef Głównego Urzędu Ceł, założyciel jednego z banków, wieloletni poseł SLD. "Dziad" opowiada, jak to wychodzi rano przed dom, tam już stoi limuzyna, a w niej facet zasłonięty gazetą. "Podchodzę, patrzę, a to Irek. To był dobry klient, ufał mi, dawał na kredyt".


Wagony spirytusu, który skądś sprowadzał. Zastrzegam, że tej opowieści nie weryfikowałem u Sekuły.

Przeciwnie, wiedziałem, że płaci się za ustawy - wszyscy pamiętamy ustawę o grach losowych - ale taki ton rozmowy wielkiego producenta z redaktorem naczelnym, powoływanie się na szczyty władzy - to mi się w głowie nie mieściło.


Dużo, i to na lepsze. Najbardziej pomogło wprowadzenie jeszcze w 1998 r. instytucji świadka koronnego. Blisko setka świadków koronnych, których powołano, zdemolowało świat mafijny, zniszczyło mapę tradycyjnych gangów.


To nowe sposoby działania przestępców w garniturach. Zaczęło się od wprowadzenia do obrotu sfałszowanego nielegalnego paliwa, ale prawdziwe miliony są w tworzeniu fikcyjnego paliwa, czyli wyłudzaniu VAT-u. Tworzy się dziesiątki spółek-słupów, które pod pozorem kupowania i sprzedawania paliwa zajmują się wyłącznie wystawianiem faktur. A na końcu siedzi baron paliwowy, który te wszystkie pieniądze ściąga.


Zlecają to. Pieniądze deprawują każdego.


"Pruszków" powstał z szajki złodziejskiej, którą tworzył "Barabasz", bandyta starej daty postępujący według reguł grypserskich: twardy, nieugięty gość, który jak ukradnie, to potem wszystko przepija w knajpie. Wokół "Barabasza" w latach 80. zaczął się tworzyć krąg włamywaczy, którzy zarabiali razem z nim. Wspólnie okradali fabryki ze srebra, bo na to był zbyt. Wokół nich pojawili się "stypendyści", czyli młodzi tacy jak "Masa" i "Kiełbasa" - nieodłączna para. Jeździli do Niemiec po - jak to mówi "Masa" - kontrybucje wojenne.


Okradali bogate niemieckie supermarkety, ucząc się w ten sposób fachu.


W większości byli konfidentami SB i milicji. Byli koncesjonowani. Potem przylgnęło do nich wielu niezweryfikowanych esbeków. To byli ludzie, którzy mieli dojścia, kontakty, bardzo potrzebne mafii. Jednak szczególnie w cenie byli peerelowscy antyterroryści, bo oni dobrze strzelali, potrafili się bić. Dopiero później, kiedy zaczęły się poważniejsze interesy, ściągali ludzi z wykształceniem ekonomicznym, opłacali adwokatów.


To już nie była amatorka, trzeba było mieć zabezpieczone wszystkie fronty. Tworzyli fundusze dla tych, którym powinęła się noga, opiekowali się ich rodzinami.


Nie, choć "Kiełbasa" był chłopakiem z dobrego domu, matka jest znaną lekarką. Ojciec znęcał się nad nim, bo chciał mieć supermana, a mały Wojtek był dzieckiem chorowitym, miał astmę.


To była postępująca deprawacja. Najpierw pociągała ich łatwość w zarabianiu pieniędzy, potem to, że są twardzi, tacy jak chciał ojciec "Kiełbasy", a potem, że są panami życia i śmierci innych ludzi.


Taki był "Krakowiak", który lubi filmy o mafii. On podobno kazał całować się w pierścień i zachowywał się jak ojciec chrzestny. Właśnie zapadł kolejny wyrok w jego sprawie - prokurator żądał dożywocia, dostał tylko 25 lat, ale będą kolejne procesy.


Niektórzy, jak "Dziad", pozostali przy dresach. On się lubił wygodnie ubierać i garnitury to nie dla niego. Ale inni odeszli od stereotypu, przebrali się w eleganckie garnitury, kupili mniej ostentacyjne samochody.


Miejscem, które doskonale oddaje ducha polskiej mafii, jest granica między Pruszkowem i miejscowością Reguły, bo tam, gdzie kończą się reguły, tam zaczyna się "Pruszków". Kiedyś obowiązywały zasady grypsery, ale to się skończyło na początku lat 90., bo przestało się opłacać. Na przykład trzeba było robić interesy z frajerami, ba, nawet z gwałcicielami. Grypsera na to nie pozwalała.


Zmieściliby się w drugiej pięćdziesiątce najbogatszych "Wprost". Oczywiście byli też tacy, którzy wszystko przepuścili, ale inni nieźle zainwestowali: nieruchomości, restauracje, działki przypadkiem kupione akurat tam, gdzie mają przebiegać autostrady…


Raz dostałem inteligentny i dowcipny list z więzienia od faceta niezwiązanego ze szpicą pruszkowską. Zapowiedział odwiedziny i po jakimś czasie przyszedł do redakcji facet wielki pod sufit, cały w tatuażach, aż ochroniarze przylecieli sprawdzać, czy nic mi nie jest.


To był wielkolud o duszy dziecka i ksywie "Goebbels", Były warszawski cinkciarz i hazardzista, który znał cały półświatek. Jego ówczesną narzeczoną była aplikantka sędziowska. On przylgnął do nas, służył nawet jako konsultant w "Odwróconych". I pewnego razu mówi mi: "Moja mama była dziennikarką i podwładną twojego ojca w radiu. Marzy, by ciebie poznać." Zaprosił mnie do pensjonatu rodziców na Mazurach.


Pojechaliśmy tam nocą, nie bardzo wiedząc, czy czeka nas pensjonat czy jakaś polana w lesie z bandytami. "Goebbels" cały czas wciągał kokainę. W pensjonacie gościła grupa młodych bankierów z żonami jak z żurnala i dziećmi jak z angielskiej szkoły prywatnej. Te dzieci marudziły przy śniadaniu, a usługiwał im "Goebbels" w koszulce, spod której widać było łapy całe w tatuażach. Strasznie go te dzieci wkurzały, więc rzucił patelnią w stół i wrzasnął: "Jeść mi, kurwa, bo jak nie, to zobaczycie!" Dzieciaki z miejsca zamilkły i spałaszowały całą jajecznicę, nie odzywając się ani słowem. Rodzice byli szczęśliwi.


Siedzi. Pogrążony przez świadka koronnego w bardzo głośnej sprawie narkotykowej w Warszawie: artyści, dziennikarze. Ów świadek twierdził, że "Goebbels" handlował kupowaną od niego kokainą.


Oczywiście że nie! Kupował, ale na pewno nie odsprzedawał - sam widziałem, jakie ma potrzeby. On nie żył z narkotyków, ale z wajchy.


Z wajchy. Stary sposób na oszustwo finansowe, ale nie mogę go zdradzać, bo może "Goebbels" zechce wrócić do profesji (śmiech).


On tylko pazernych i złych ludzi oszukuje.


Już trochę zmienił, bo działał w groźniejszych strukturach. Jak to się mówi, "chodził przy żabie".


Przy Jerzym W., pseudonim "Żaba", człowieku z wierchuszki gangu pruszkowskiego, który dostał krótki wyrok, a gdy wyszedł, to wytyczył nowy szlak narkotykowy i właśnie ruszył jego proces.


(Do pokoju wchodzi dziennikarz "Polityki" Sławomir Mizerski: - A, Robert, to ty! Co za odmiana, bo tu zawsze jacyś kryminaliści.)

Widzi pan, jak mam tu gościa, to zawsze ktoś zagląda. Są ciekawi tego świata (śmiech).


Mówi się, że Andrzej K. "Pershing" zginął, bo chciał odejść, wycofać swoją pulę i wejść w legal. A to się nie spodobało jego kolegom. Miał podobno firmę na Wybrzeżu, którą przejęła jego córka. "Masa" też planował, że odejdzie, gdy zgromadzi odpowiednią sumę, by założyć legalny interes.


Niektórzy zadbali o ich wykształcenie i wspomniana córka "Pershinga" skończyła studia, ale synowie "Wańki" i "Malizny" próbowali przejąć interes po aresztowanych ojcach i podporządkować sobie gangi. Podobnie syn "Simona" z Katowic, czyli "Młody Simon".


Na początku lat 90. zajmowałem się reportażem w "Życiu Warszawy", ale ówczesny sekretarz redakcji Bronek Wildstein postanowił dołożyć mi obowiązków i kazał opiekować się dziennikarzami piszącymi o przestępczości. Wtedy zaczęły się te wszystkie mafijne strzelaniny, bomby, ścigaliśmy się z "Super Expressem", kto pierwszy odkryje jakąś mafię (śmiech).


Mieliśmy gorącą linią dla czytelników, na którą często dzwonili mafiosi, donosząc na konkurencję. Raz siedziałem przed redakcją na kawie z Wildsteinem, a do "Życia Warszawy" wpadł "Dziad" razem z dwoma ochroniarzami - tylko jeden z nich z całej tej trójki został przy życiu - i od razu krzyczy: "Który tu pisze, że jestem szefem mafii?!"


Nie, ja wstałem i cichutko powiedziałem: "Ja…" Zaczął tłumaczyć, że on nie jest w żadnej mafii, że jest tylko obrońcą sąsiadów i że zaprasza mnie do domu. Przy Bronku byłem odważny, więc się zgodziłem.


Porządek był. Na dole siedzieli jacyś faceci i czyścili broń. "Dziad" mówił, że to firma ochroniarska.


Zapewne firma ochroniarska z Wołomina. Gospodarz zaprosił mnie do pokoju gościnnego na piętrze, gdzie stał kredens na wysoki połysk, kryształy, wzorzyste narzuty. A, i był wielki ptak.


Nie, żywy. Klatka z gwarkiem, który gadał.


Nie, komendanta policji to on miał w kieszeni.


Przekonywał mnie, że nie jest żadnym szefem mafii wołomińskiej, i po latach zacząłem dochodzić do wniosku, że miał rację, bo ważniejszy w strukturach gangu był choćby jego brat "Wariat".


Ojciec i mama byli dziennikarzami, dziennikarką jest siostra, moja córka studiuje i pracuje w nadającej po białorusku telewizji Bielsat - to prawda. Ja też chciałem być dziennikarzem, tylko że szedłem do tego inną drogą. Maturę zdałem z rocznym opóźnieniem, bo zakochałem się i przestałem chodzić do szkoły, a że byłem ostatnim rocznikiem starego systemu i po mnie wchodził podział na ośmioletnią podstawówkę, to trafiłem do zbiorczej klasy dla niezdaluchów.


E, nie, tam byli bardzo mądrzy ludzie, były niezdaluchy "marcowe", ale był też zapaśnik, który uznał - zupełnie bez powodu - że jestem jedynym godnym go przeciwnikiem, co do dziś odbija się na moim zdrowiu. Zaletą było to, że naszą klasę umieszczono w liceum Kochanowskiego przy Wiktorskiej, dokładnie naprzeciwko domu, w którym do dziś mieszka moja niewidoma ciotka, profesor matematyki. To dzięki niej nasza klasa zdała maturę.


Normalnie: w kanapkach wyjeżdżały zadania, rodzice czy ktoś donosili to umówionej wcześniej cioci, a ona w pamięci, bo pamięć miała równie genialną jak jej mąż - brązowy medalista mistrzostw Polski w szachach - przygotowywała kilka zestawów odpowiedzi. W każdym zestawie był inny błąd - żeby nie było, że jesteśmy genialni.


O ile pamięć mnie nie zawodzi, tak właśnie było.


Ale zdawałem ze trzy razy na socjologię, tylko się nie dostałem.


Ostatnio na procesie, który wytoczył mi pewien były poseł, sędzia spytała, czy leczyłem się kiedyś psychiatrycznie. Pytanie dość intymne, ale odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tak, na początku lat 70. kilka miesięcy leczyłem się na nerwicę. Sędzia się wyraźnie ucieszyła, bo pojawiła się szansa szybkiego zakończenia procesu…


Spytała, kiedy przerwałem leczenie, więc odpowiedziałem, że wtedy, kiedy uznałem się za wyleczonego - dzień po tym, jak stanąłem na komisji wojskowej, która uznała mnie za niezdolnego do służby. Nie miała więcej pytań.


A do kiedy mam liczyć?


Sześć, siedem. W 1978 r. poszedłem na specjalne studia…


Były to studia zaoczne dla dziennikarzy nieuków, którzy już pracowali w zawodzie. Ja nie pracowałem, ale zatrudniłem się w Polskim Radiu jako efekciarz, czyli facet od efektów dźwiękowych i zaświadczenie o zatrudnieniu wystarczyło. Na rozmowie kwalifikacyjnej Ryszard Kapuściński nie pytał mnie o Afrykę, z której byłem obkuty, a o moje doświadczenia, i uznał, że człowiek z takim życiorysem dobrze rokuje.


Byłem ekspedytorem, czyli wysyłałem książki w ośrodku PAN, potem sanitariuszem w szpitalu MSW, maszynistą sceny w Teatrze Wielkim i wreszcie konduktorem wagonów sypialnych "Wars". Potem jeszcze byłem kaowcem na Chomiczówce, gdzie zorganizowałem ligę szóstek piłkarskich.


(śmiech) Tak?


Tego akurat niewiele. Prawdziwe pieniądze robiło się na butelkach po piwie. Do każdej doliczało się 2 zł kaucji. Nabywca brał ze sobą piwo, wypijał je w przedziale i nie mógł wyrzucić butelki, bo z pociągu niczego nie można wyrzucać. Zostawiał więc swoją butelkę i wysiadał, ja je zbierałem i na każdej byłem 2 złote do przodu. Pensja była marna, ale z jednej piwnej trasy miałem drugą pensję.


Czterodniówka, czyli Warszawa - Świnoujście, Świnoujście - Przemyśl i z powrotem, a na koniec Świnoujście - Warszawa. Cztery noce, ciężka robota, ale i spory zarobek. Gdy wracałem, koledzy czekali na mnie już na dworcu.


Wiedzieli, że z pustymi rękami nie wracam.


Bo takiej nie było (śmiech). Raz tylko znalazłem pijanego w trupa maszynistę, czym bohatersko uratowałem życie pasażerom.


Nie, dając znać kierownikowi pociągu. Spalinowóz był tak skonstruowany, że aby jechać, maszynista musiał być na tyle trzeźwy, by co jakiś czas naciskać specjalny przycisk. I raz na linii Sławno - Kołobrzeg stanęliśmy w szczerym polu, bez semafora, co groziło tym, że najedzie na nas inny pociąg. Okazało się, że maszynista i jego pomocnik byli pijani w trupa i pospali. Gdy otworzyliśmy drzwi, to wypadli.


Nie, bo w "Warsie" nie ma już piwa (śmiech), a i butelki są bezzwrotne.


(śmiech) Nie, dziękuję. W połowie lat 80. wziąłem udział w konkursie reporterskim "Nowej Wsi" i po nim dostałem jedną czwartą etatu. Nie za wiele wiedziałem wtedy o wsi, ale tam szefem działu rolnego był Leszek Spaliński, późniejszy rzecznik prezydenta Wałęsy, który nie odróżniał żyta od pszenicy.


Oczywiście, bo częściej jeździłem w teren. Napisałem wtedy tekst "Życie polityczne w Ostrówku", o gminie, gdzie I sekretarzem partii był tow. Kiełbasa.


Wtedy jeszcze o "Kiełbasie" nie było mowy. Zresztą nawet później się z nim nie spotkałem, znaliśmy się tylko telefonicznie.


Jedynym? Chyba nie… Kiedyś, ale po sukcesach Tomasza Sikory to całkiem popularny sport, przynajmniej w moim kręgu. A przy tym to naprawdę bardzo telewizyjne, widowiskowe.


Ale tym się nie interesuję. Nie wrobi mnie pan w stereotyp dziwaka wybierającego najdziwniejsze dyscypliny tylko po to, żeby mieć je na wyłączność.

Ech, nie zrozumie pan tego nigdy (śmiech).


Generalnie nie, w Polsce mafia raczej nie poluje na dziennikarzy, choć ostatnio miałem dwie dziwne sytuacje. Jechałem do swojego domu pod Warszawą, a biała furgonetka zupełnie bez powodu próbowała mnie zepchnąć do rowu albo na barierkę. Wezwałem pomoc przez CB-radio i odjechała. A dwa dni później dostałem list z wyzwiskami od gościa, który coś tam o mnie wiedział i kazał pozdrowić moją wieś. Ale może to przypadek…

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj