Z raczej niemrawego rządu też byliśmy zadowoleni. Bo nie zawracał nam zbytnio głowy i pozwolił na coś w rodzaju wycieczki od ciężkiej polityki na narodowy piknik - jak to nazwał profesor Śpiewak.

Reklama

Wprawdzie czuliśmy przez skórę, że znowu tracimy dobry czas na pchnięcie kraju naprzód, ale jako naród ciut lekkomyślny nie nabawiliśmy się z tego powodu bólu głowy. Awantury polityczne - z tą najsłynniejszą o samolot - zdawały się nam tak absurdalne i oderwane od życia, że i one nie odebrały nam łagodnego poczucia sytości i spokoju. Dopiero pod koniec roku zaczęło się robić trochę dziwnie. Złotówka runęła niemal z dnia na dzień. W okolicy mają zwalniać ludzi z pracy. Sąsiadom zablokowali przyznany już kredyt i musieli zatrzymać budowę. Nawet tak optymistyczny zawsze premier zapowiada, że nadchodzi ponoć strasznie ciężki czas. Choć nie słyszeliśmy tego sami, ale opowiadał nam kolega-działacz PO, który był na zamkniętym partyjnym spotkaniu z premierem.

Czasem nawet w ciągu roku przychodziła nam do głowy myśl całkiem sprzeczna z naszym malkontenckim narodowym charakterem. Że może byliśmy w 2008 jakąś oazą szczęśliwości! Bo wiadomo, że dokoła działo się niedobrze. Putin bezkarnie zrobił rozbiór Gruzji, za co Sarkozy dziękował mu, iż wniósł tak cenny wkład w rozwiązywanie konfliktów na Kaukazie. Trochę denerwowało nas to, że jako szef Unii gadał te cyniczne głupoty także w naszym imieniu, a nasz premier się słowem nie odezwał. Na początku roku myśleliśmy, że będziemy wkrótce bezpieczniejsi, bo w końcu przestaniemy być tym cholernym "przedmurzem" Zachodu. Lecz wszystko wzięło w łeb. Ani Ukrainy, ani Gruzji, ani do NATO, ani do Unii! Ci przywódcy na Wschodzie, których polubiliśmy i wiązaliśmy nadzieje z ich ryzykowną prozachodnią polityką - Saakaszwili i Juszczenko - właśnie ledwo dyszą w swoich krajach. Za rok nie będzie już żadnego z nich.

Jedyne, co nas pociesza, to to, że Putinowi tak runęły w kryzysie ceny ropy, że może nie starczy mu pieniędzy na wojskowe akcje przeciw Ukrainie albo krajom bałtyckim. Choć robi się też nieswojo na myśl, że Rosjanom i Ukraińcom z powodu kryzysu znowu nie będą płacić pensji za ich ciężką pracę.

Ten Obama wydaje się nam sympatyczny, choć widać, że inaczej niż Bushowi na Polsce i Europie Środkowej nie zależy mu w ogóle. Dlatego jako Polacy bylibyśmy raczej za McCainem. Strasznie rozczarowaliśmy się Sarkozym. Po Gruzji, po fotografiach z portretem Marksa, po tych socjalistycznych frazesach wygłaszanych z francuskim zadęciem w trakcie kryzysu wydał się nam figurą niezbyt poważną. Z polityków najbardziej w tym roku podobała się nam Angela Merkel. Nie, żebyśmy łatwo zgadzali się z niemiecką polityką! Ale jej spokój, brak błazeństw a la Sarkozy, odpowiedzialne zarządzanie kryzysem w Niemczech, ideowa obrona kapitalizmu, no i też jakaś zdolność wczuwania się w polski interes i punkt widzenia, nawet wtedy, gdy go nie podzielała - budziły po prostu nasz szacunek.

Hołdy składane największej tyranii świata w czasie igrzysk w Pekinie pobudziły nas do filozoficznego lekceważenia dla marności światowej polityki. Ale w ostatnich dniach roku odzyskaliśmy jakąś cząstkę nadwątlonej w nią wiary, gdy w końcu usłyszeliśmy, że Żydzi postanowili zlikwidować samozwańcze terrorystyczne państewko Hamasu w Gazie. A Unia przedsiębierze - jak za dawnych wieków - morską krucjatę o kryptonimie "Atalanta" przeciw piratom, którzy unieruchomili żeglugę przez kanał sueski. Bo wydawało się nam już, że ze strachu cywilizacja całkiem ulega barbarzyństwu.

Tak więc ze świata przychodziły głównie złe wiadomości. Ale w polskim domeczku rok 2008 zleciał nam szybko i na niczym ważnym. Tak jak radcy Wągrowiczowi z "Lalki". "A która to butelka? - Szósta, panie radco. - Już szósta??? Jak ten czas leci!".