Ale nie ma ciągłości. Wolałbym świętować czterdziestolecie pracy dziennikarskiej, bo z tego nie zrezygnowałem, a debiutowałem jako dziewiętnastolatek w
"Sztandarze Młodych". A z PZPR było tak, że studiowałem nauki polityczne w pierwszym roczniku Instytutu Nauk Politycznych UW. To w założeniu była szkoła janczarów, a ja
byłem dobrym materiałem na janczara.
Niech pan nie żartuje. Notabene koledzy ze studiów się podzielili. W stanie wojennym połowa działała w konspiracji, a druga połowa ścigała podziemie.
Przykład TVP to dowód na zmarnowaną szansę. Zmarnowano pierwszą po Walendziaku okazję na zrobienie prawdziwej telewizji publicznej.
Tak, choć znakomitym pomysłem, rokującym wielkie nadzieje, było powołanie na prezesa Bronka Wildsteina. Ze wszystkich sił próbowałem zapobiec jego odwołaniu, ale się nie udało. I tu PiS
popełniło błąd, tym bardziej, że następca Wildsteina Andrzej Urbański już nie starał się w telewizji wiele zrobić. Na pewno jego zasługą jest rozwój TVP Info, ale też zbyt dużo było
koniunkturalizmu, dziwnych ruchów personalnych, tolerowanie fuszerki, jak choćby fatalnych "Wiadomości".
Zapewne jestem bardzo niesprawiedliwy, ale mówię tak emocjonalnie, bo telewizja publiczna ma sens i misja też ma sens, a działalność prezesa Urbańskiego tego nie udowodniła. Wręcz
przeciwnie, telewizja Urbańskiego pokazała, że można podważyć sens istnienia mediów publicznych. Komercjalizacja TVP osiągnęła katastrofalne rozmiary. Była posunięta tak daleko i
realizowana na tak żałosnym poziomie, że ręce opadały.
To była żenada.
Mimo wszystkich błędów zarząd Urbańskiego, Siwka i Bochenka jest po stokrość bardziej profesjonalny niż Farfał et consortes, ale to oni mają większość w radzie nadzorczej, więc pewnie
Urbański i reszta będą zawieszeni na kolejne trzy miesiące.
To nie był skok na media, tylko na układ, który rządził mediami publicznymi przez ostatnie kilkanaście lat. Zresztą miałem ten luksus, że nie uczestniczyłem w tej operacji.
Tak. Nie rozmawiałem z nikim na temat zmian w mediach, nowelizacji ustawy medialnej - nic, zero.
Byłem na wieczorze wyborczym PiS, pogratulowałem Jarkowi Kaczyńskiemu zwycięstwa i od tego czasu się nie widzieliśmy.
Dajmy temu spokój. Jakie to ma teraz znaczenie?
Mechanizm jest polityczny i nie ma temu co zaprzeczać. Wszyscy o tym wiedzą. I jest to mechanizm, który może media zdegradować, ale innego nie ma.
Dobrze, ale ma pan jakąś swoją ocenę radia? Nie widzi pan, że się poprawiło? Dlaczego o tym nie porozmawiamy?
Odmawiam odpowiedzi na to pytanie.
Rzeczywiście czasem z Jarkiem rozmawiamy też i o kotach, które obaj mamy. Ale wtedy padło pytanie o telewizję. Moja odpowiedź była negatywna.
(śmiech) Powiedziałem za to, że ciekawszym miejscem jest radio. A później zapewne odbywały się beze mnie jakieś rozmowy i jedna rozmowa w bardzo szerokim, koalicyjnym gronie już z moim
udziałem. Mogłem poobserwować, jak polityka wygląda w praktyce, ale szczegółów nie zdradzę, tylko opiszę kiedyś w powieści.
Uznałem, że nawet jeśli w tym biorą udział ludzie zupełnie nie z mojej bajki, że nawet jeśli ten mechanizm nie jest doskonały, to trudno, trzeba zaryzykować i spróbować zrobić porządne
radio publiczne. I tego nie żałuję, nie mam poczucia, że brałem udział w czymś złym. Dostałem gwarancję niezależności i tego, że wpływy polityczne nie zejdą niżej niż na poziom
zarządu radia.
Bo musiałem mieć wiceprezesa, który będzie za mną twardo stał w zarządzie.
On bardzo dobrze przekształcił Polskie Radio dla Zagranicy, notabene Targalski wbrew opinii rzeźnika nie zwolnił dyrektora tego programu. Duża robota.
Powtarza pan bzdury "Gazety Wyborczej".
Bo przypomniała sobie tę rzekomą wypowiedź po kilku miesiącach. Przecież to nie było tak, że w szoku po wyjściu z gabinetu Targalskiego opowiedziała o tej rozmowie, ale dopiero po kilku
miesiącach oznajmiła światu, że Targalski ją obraził. Jakoś nie mam do tego zaufania.
Maciej dostał od nas szansę na zbudowanie solidnej Informacyjnej Agencji Radiowej. Nie chciał jej zmieniać, więc my musieliśmy zmienić jego. Robiliśmy to bardzo delikatnie, dostał
propozycję pracy na innym stanowisku, a jak jej nie przyjął, to daliśmy mu dużo czasu, żeby miękko wylądował poza radiem. A teraz on na nas wylewa kubły pomyj i modli się, by do radia
wrócili ci, którzy go wcześniej - za Millera - wyrzucili z programu dla zagranicy. Jego sprawa.
Powołując go, miałem nadzieję, że będzie robił inteligentne radio dla inteligentów, które jednak pobudzi szare komórki do myślenia. I w dużym stopniu się z tego wywiązał.
Właśnie z tego, że za mało prowokował owe szare komórki. Dam panu przykład: w studiu im. Agnieszki Osieckiej odbywały się bardzo ciekawe debaty na temat różnych ludzi, choćby wybitnego
tłumacza Roberta Stillera czy Ryszarda Kapuścińskiego. Obaj, niestety, mają epizod współpracy z komunistycznymi służbami specjalnymi. I choć nie chciałbym robić wieczernic lustracyjnych,
to chciałbym, by na takim spotkaniu pojawiło się pytanie o drogę życiową twórcy i jej wpływ na jego dzieło. I tego mi zabrakło, a powinniśmy prowokować do myślenia i zadawać niewygodne
pytania. Wtedy "Trójka“ byłaby wręcz znakomita, nie tylko dobra.
Absolutnie nie. Dzięki nowemu podziałowi program flagowy, czyli "Jedynka", jest słyszany w całym kraju, a "Dwójka" straciła tylko kilka procent zasięgu.
Najbardziej poszkodowane jest Radio Euro. Poza tym czy to nie paradoks, że kiedy przeprowadzaliśmy podział częstotliwości, to słyszałem w mediach, że trzeba bronić
"Dwójki", wielkiej kultury, zespołów artystycznych itp., lecz kiedy my zainicjowaliśmy akcję przeciw pomysłom PO o likwidacji abonamentu, wskazując, że może to doprowadzić
do upadku takich anten jak "Dwójka", to nie interesował się tym pies z kulawą nogą? Dlaczego? Bo to może doprowadzić do osłabienia radia, co cieszy inne media.
Powinniśmy lepiej PR-owo rozegrać sprawę restrukturyzacji radia. Może trzeba było zatrudnić wyspecjalizowaną firmę? Wtedy uniknęlibyśmy tych emocji i oskarżeń o likwidację złogów. Ale
my chcieliśmy zaoszczędzić i wzięliśmy to na siebie. To nam wizerunkowo bardzo zaszkodziło.
Panie Robercie, jakie wybicie na niepodległość?! Jak PiS przegrało wybory, to wszyscy członkowie rady nadzorczej, którzy trafili tam z politycznego nadania, uznali, że znaleźli się w radiu
ze względu na wybitną znajomość zagadnień radiofonii. Trudno o większą bzdurę! Jeden z jej członków powiedział mi, że dla jego znajomych to, co robił, to był obciach i on teraz musi
naprawić swój wizerunek.
Oni rozumieją przez to prowadzenie własnej polityki. Jak PiS było u władzy, to im ów obciach nie przeszkadzał?! A poziom tych ludzi pokazuje decyzja Bogusława Kiernickiego, który tuż po tym,
jak został oddelegowany do zarządu, zrobił dyrektorem "Dwójki" swego pracownika najemnego!
Nie mówię przecież o jego kwalifikacjach, tylko o tym, że będąc wydawcą "Christianitas", powołuje naczelnego pisma, czyli swojego pracownika. Przecież to horrendum!
Bo większość w radzie nadzorczej ma Samoobrona i LPR. A stało się to po tym, jak Krajowa Rada w miejsce pani Kleniewskiej z nadania PiS wybrała pana Jagiełłę z Samoobrony. I ten pan nie
zdążył pewnie nawet poznać adresu Polskiego Radia, ale na pierwszym posiedzeniu zrozumiał, że ja szkodzę radiu, i złożył wniosek o zawieszenie nas.
To była jeszcze stara umowa. Chodziło o to, że koalicjanci będą głosować za odwołaniem Marka Jurka i powołaniem Ludwika Dorna, a w zamian dostaną dodatkowe miejsce w radzie nadzorczej
telewizji. A miejsce w radzie radia PiS oddał za bezdurno.
Pan rozumuje długoterminowo, a tu trzeba spojrzeć tak, że idą wybory do Parlamentu Europejskiego i może LPR coś ugra? Albo chociaż chłopaki porządzą kilka miesięcy i podpiszą kilka umów?
Roman Giertych już wrócił do gry, choćby na te kilka miesięcy. Każda motywacja jest dobra.
Wyspowiadałem się już z tego publicznie w książeczce "ABC“ wydanej w poddziemu w 1985 r. Do partii wstąpiłem jeszcze przed studiami, w liceum Batorego byłem działaczem
ZMS. Na własnej skórze doświadczałem awansu społecznego obiecywanego przez władzę ludową. Wychowywała mnie matka, biedna urzędniczka najniższego szczebla. Pamiętam, jak co roku brała
pożyczkę, żeby mi kupić kurtkę na zimę. Przez rok pożyczkę spłacała, by następnej zimy brać kolejną. A ja miałem szansę edukacyjną - w końcu chodziłem do bardzo dobrego liceum,
studiowałem na uniwersytecie - miałem nadzieję na awans społeczny, materialny.
Realny świat zacząłem poznawać na studiach, jako korespondent terenowy "Sztandaru Młodych". Jeżdżąc po kraju, zobaczyłem, że życie sobie, a władza sobie. I zaczął mi
się łamać światopogląd.
Łamał się wcześniej, bo już w drugiej połowie lat 70. naczelny "Literatury" Jerzy Putrament dostał polecenie z RSW "Prasa Książka Ruch", by mnie zwolnić.
Później dowiedziałem się, że oficjalnym powodem było to, że nie wdrażałem w dziale naukowym "Literatury" linii partii. Nieoficjalnie, bo robiłem wywiad - rzekę z
ekonomistą Edwardem Lipińskim, choć wiedziałem, że nie będę miał szans na publikację. Chodziłem do Lipińskiego do domu, a tam kilka godzin później odbywały się zebrania KOR. Wszystko
było na podsłuchu i władze dowiedziały się, o co wypytuję Lipińskiego.
Miałem jeszcze tak zwany goły etat w RSW, pisałem książeczki na przykład o odkryciach geologicznych czy o ubóstwie w Polsce.
Swoją rolę odegrał też, co tu dużo kryć, pewien konformizm, oportunizm, choć nie tylko. Działając w Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich, poznałem chociażby Stefana Bratkowskiego czy
Ryszarda Kapuścińskiego, którzy przekonywali mnie w absolutnie dobrej intencji, że nie wolno nam z partii występować, bo tam też muszą być uczciwi ludzie, trzeba ją zmieniać od środka
itd. Zmienił to dopiero karnawał "Solidarności", pokazując, że to wszystko bujda.
Jeszcze w 1980 r., ale sekretarz POP przy związku literatów nie przekazywał tych legitymacji aż do stanu wojennego i dopiero wtedy wyjął je hurtem z szuflady i zaniósł.
Pracowałem w "Tygodniku Solidarność", z czym wiąże się zresztą dość zabawna sprawa, bo etat w nim straciłem dopiero bodaj w 1983 r. Przecież
"Solidarność" oficjalnie nie była rozwiązana, tylko zawieszona, więc formalnie etaty mieliśmy.
Ale płaciły. To nie były duże pieniądze, ale z głodu nikt nie umarł, dostałem dwa stypendia, honoraria, na winobranie pojechałem, żona pracowała. Pisywałem i redagowałem
"Tygodnik Wojenny", dopiero w 1987 r. poszedłem do "Ładu". Niektórzy z kolegów z drugiego obiegu wystąpili do sądu, by zaliczyć im pracę w podziemiu do
stażu pracy, ale przegrali, bo nie płacili składek do ZUS (śmiech).
Jarosława Kaczyńskiego poznałem przez Jacka Maziarskiego na zjeździe SDP na uniwersytecie. To Jacek powiedział mu, że byłbym bardzo dobrym sekretarzem redakcji i Kaczyński umówił się ze
mną na rozmowę.
To była zabawna scena. Kiedy wchodziliśmy do "Tygodnika Solidarność", Jarek, który jest w kontaktach międzyludzkich bardzo delikatny, mówi do Maziarskiego i Zalewskiego, że
będą wicenaczelnymi. No i nie chciał mnie urazić, więc powiedział: "I ty też będziesz zastępcą naczelnego, tylko będziesz zajmował się sekretariatem redakcji".
Może to nieskromnie zabrzmi, ale ludzie, którzy nas nie znosili, czyli Bereś i Burnetko, napisali po latach w książce, że był to wówczas najlepiej redagowany tygodnik polityczny w Polsce.
Więc ja nie mam poczucia zmarnowanej szansy, bo odchodząc z "Tysola", zostawiałem go w bardzo dobrym stanie. Proszę nie obciążać mnie winą za to, że stał się on później
biuletynem związkowym, bo nie miałem z tym nic wspólnego.
To bardzo przepraszam, ale ja znów muszę powiedzieć: "To nie ja, to kolega". Kiedy Fundacja Prasowa "Solidarność" sprzedawała "Express
Wieczorny" koncernowi Marquard, to gazeta była w bardzo dobrej kondycji. Odszedłem po pół roku, gdy sprzedaż wynosiła ok. 70 tys., bo Szwajcarzy chcieli zrobić tabloid, więc niech
pan ich rozlicza.
Winą tego środowiska może być co najwyżej to, że nie znalazło pieniędzy na rozwój gazety i ją sprzedało.
Jako że nie chciałem w 1991 r. robić Porozumieniu Centrum kampanii wyborczej w "Expressie", to zostałem usunięty ze stanowiska. Na moje miejsce przyszedł Andrzej Urbański i
tę kampanię przeprowadził. Wtedy ci sami, którzy mnie zwolnili, poprosili mnie o ratowanie pisma, a jednym z jego elementów była sprzedaż tytułu inwestorowi.
Eee tam, to plotki… (śmiech).
Przez przypadek.
Krzysztof Wyszkowski, z którym pracowałem w "Tysolu", był doradcą premiera Olszewskiego do spraw mediów. I to on zaproponował moją kandydaturę. Wtedy wszystkich bardzo
interesowało, czy nie jestem zbyt blisko związany z braćmi Kaczyńskimi, i ta niełaska mi wtedy pomogła.
Bo premier Pawlak nie zdołał co prawda w 1992 r. stworzyć rządu, ale zdołał mnie usunąć.
Nie zgadzam się z panem co do PiS, ale media faktycznie straciło. Dla mnie osobiście to, że można było pokazać, iż da się robić naprawdę publiczne radio, było wartością samą w sobie. A
czy to było warte tych wszystkich kompromisów? Ja byłem tego beneficjentem, więc nie mnie to oceniać.
*Krzysztof Czabański, członek rady nadzorczej TVP, do niedawna prezes Polskiego Radia