Na ustawę reprywatyzacyjną odważył się tylko jeden premier – Jerzy Buzek. Wszyscy mówili o nim, że był słaby, bo z tylnego siedzenia kierował nim ówczesny lider "Solidarności" Marian Krzaklewski. Ten słaby polityk nie tylko przeprowadził cztery wielkie reformy (które zresztą potem jego następcy częściowo rozmontowali lub właśnie rozmontowują), ale nie bał się powiedzieć głośno, że prawo własności jest święte.
Przekonał się, że głoszenie prawd oczywistych jest w Polsce karalne. Z urzędu odszedł w niesławie, a Aleksander Kwaśniewski, który reprywatyzację zatrzymał, do dziś jest uważany za nowoczesnego polityka.
Były prezydent oraz kolejni szefowie rządów wstrzymywali się przed oddaniem ukradzionych przez komunistów majątków z troski o stan państwowych finansów. Idąc dalej tym tokiem myślenia, organy ścigania nie powinny oddawać odzyskanych samochodów, biżuterii, dzieł sztuki czy AGD, ale sprzedać je na aukcjach, a uzyskanymi pieniędzmi łatać dziurę budżetową.
Bo jaka jest różnica między kradzieżą samochodu na parkingu od kradzieży gruntu, na którym parking powstał? Jedynie skali i czasu, w jakim się to stało. Człowieka, który kradnie w skali mikro, nazywamy złodziejem. Tego, który kradnie w skali makro, malwersantem. Ten, który kradnie niemal cały kraj, staje się autorem procesów dziejowych zmieniających strukturę społeczną. W rzeczywistości wszystkich tych przestępców powinna różnić wysokość wyroków.
Reklama
Zwrot majątków prawowitym właścicielom nie jest w rzeczywistości kwestią myślenia o finansach państwa. Z pewnością dobra te zarządzane przez nich przynosiłyby większe dochody. Także dla budżetu państwa.
Zawrócenie procesu dziejowego stworzyłoby – chociaż szczątkowo – nową elitę. Taką, która swoimi korzeniami sięgałaby II, a nawet I Rzeczypospolitej. Oni kontrastowaliby z ekipą, która swoje szlify zdobywała na salonach PRL. Te dwie grupy dzieli wszystko – punkty odniesienia, systemy wartości, tradycja. Ale obecna elita nie potrzebuje konkurencji.