Polski obywatel ma szczęście, że relacje na temat amerykańskich prawyborów koncentrują się jedynie na ich generalnych politycznych wynikach. Może dowiedzieć się zatem o łzach pani Hillary i uśmiechach senatora Baraka. Może - jeśli uważnie słucha - analizować rywalizację trudnych na pierwszy rzut oka do odróżnienia kandydatów republikańskich.

Reklama

Ma jednak szczęście, bo nie dowie się, kto decyduje w tych wyborach. Nie dowie się, jak owe decyzje zapadają ani tym bardziej, jak są przygotowane. Zobaczy kilka migawek z masowych spotkań - uderzająco podobnych do partyjnych wieców PO, PiS czy PSL.

Zobaczy kawałek debaty, na tyle krótki, by podejrzewać, że są repliką tego, co zafundowały nam kilka miesięcy temu Połączone Siły Mediów Elektronicznych. Nie zobaczy jednak tego, co stanowi o różnicy. Chyba że wiedziony zgubną ciekawością skorzysta z internetowej oferty C-SPAN i zajrzy do wnętrza "procesu politycznego”.

W tym wnętrzu, choćby w trakcie prawyborów w Iowa, zobaczyłby zwykłych Amerykanów, nie działaczy, lecz sympatyków jednej i drugiej partii, uczestniczących w tym procesie. Uczestniczących nie przez machanie chorągiewką, oklaskiwanie "swoich” czy wznoszenie okrzyków uznania. Ich udział dotyczy samego sedna procesu, jakim jest wskazanie najlepszych kandydatów do amerykańskiej prezydentury.

Taki pełen niezdrowej ciekawości obywatel zobaczyłby salę w niewielkim miasteczku, w której ponad 300 sympatyków Demokratów dzieli się na grupki popierające poszczególnych kandydatów - w sposób jawny, widoczny dla sąsiadów, kolegów z pracy, a nawet w tym wypadku tysięcy internautów. Dzieli się, a potem tak jak na harcerskiej zbiórce odlicza kolejno, by ustalić rozmiar owego poparcia. Zobaczyłby realia procesu demokratycznego w jego najbardziej podstawowym sensie. A potem zapewne popadłby w zadumę, lub - jak autor niniejszych słów - w zazdrość i polityczne zacietrzewienie.

Zazdroszczę Amerykanom ich prawa do wyboru kandydata do kandydowania w ostatniej fazie wyborów. Chciałbym móc - jako wyborca AWS z 1997 roku - zagłosować trzy lata później na lepszego niż Krzaklewski kandydata do prezydenckiego fotela. Chciałbym móc decydować, który z polityków centroprawicy będzie walczył w Nowym Sączu o mandat posła. Chciałbym nie być skazany na listę ustaloną przez jakieś wąziutkie partyjne gremia, ale być przekonanym, że proces selekcji dokonał się na podstawie dokonanej "na dole” oceny ich politycznych kompetencji.

Na nic przyda mi się zapisanie do partii, bo decyzje, o których mówię, zapadną w Warszawie lub - w lepszym przypadku - w wąskim kierownictwie regionalnym. Pamiętam, że sześć lat temu Platforma Obywatelska zdecydowała się raz na rozwiązanie podobne do amerykańskiego, ale srodze się na swoich zwolennikach zawiodła i postanowiła więcej nie ryzykować. Mogę tylko zazdrościć "szarym obywatelom z Iowa” ich demokratycznego święta, kiedy to na oczach całego świata decydowali o sprawach, od których zależy przecież coś więcej niż przyszłość samych Stanów Zjednoczonych.

Nawet jeżeli przyjmiemy wszystkie krytyczne głosy, jakie formułowane są pod adresem amerykańskiej praktyki demokratycznej, to i tak uchwycimy najważniejszą różnicę. Jest ona w swym rdzeniu znacznie bardziej obywatelska, otwarta na polityczną inicjatywę pochodzącą spoza wąsko rozumianych waszyngtońskich centrów władzy. Stwarza naturalne pole do obywatelskiego angażowania się w politykę, nie czyniąc z partyjnej afiliacji ani wstydliwej tajemnicy, ani synonimu interesowności.

Polskie partie pozostają zamknięte. Nie tylko zwykły obywatel, sympatyk czy członek koła partyjnego nie mają w ich strukturach wiele do powiedzenia. Ich kierownictwa z lekceważeniem i pogardą odnoszą się także do znanych i popularnych polityków, o ile nie należą do partyjnego dworu. Polska demokracja kultywuje najgorsze wzory klientelizmu, gdzie kilku możnym patronom służy cała masa nieposiadających własnego zdania podwładnych godzących się na całkowite posłuszeństwo w zamian za wejście na listę, urzędniczą nominację czy inną polityczną zdobycz.

Amerykański wzór nie jest popularny w Europie. Tradycja kontynentalna przenosi polityczny spór do wnętrza partii: szerokich, opartych na masowym członkostwie. To masowe członkostwo stanowi podstawę procesów rekrutacji, selekcji i wewnętrznej rywalizacji. W Polsce nie mamy ani modelu amerykańskiego, ani europejskiego. Po kilkunastu latach możemy powiedzieć, że procesy zakorzeniania się demokratycznych procedur poszerzających społeczną bazę rządzenia i politykowania nie postępują naprzód.

Przeciwnie, kierownictwa partii dzięki państwowym subsydiom i wzmocnieniu roli mediów elektronicznych w procesie wyborczym mogą sobie pozwolić na całkowite lekceważenie czynnika obywatelskiego. Tendencję do wzmocnienia partycypacji zastąpił miękki, jałowy populizm. Jak napisał celnie Robert Mazurek, mocny tylko w gębie, w praktyce - całkowicie nieporadny.