Przygotowania do kampanii billboardowej były najważniejszym zadaniem sztabów wyborczych: od zarezerwowania z odpowiednim wyprzedzeniem atrakcyjnych powierzchni na plakaty po wymyślenie hasła i wizerunku promowanego kandydata. To już przeszłość. Po cichu posłowie do ordynacji prezydenckiej wprowadzili zakaz reklamowania kandydatów na powierzchni przekraczającej 2 metry kwadratowe.

Reklama

Kampania bez billboardów i z ograniczoną liczbą reklam telewizyjnych, radiowych i prasowych od 20 lat funkcjonuje we Francji. – Tam każdy ma takie same możliwości dotarcia do ludzi, nie ma lepiej ten, kto ma więcej pieniędzy. Każda partia ma do dyspozycji dokładnie taki sam czas antenowy bez możliwości dokupienia dodatkowych reklam – mówi konsultant polityczny Eryk Mistewicz. Podkreśla, że model francuski jest przeciwieństwem kampanii amerykańskiej, na którą wydawane są miliardy dolarów. – Ale przykład Francji pokazuje, że wcale nie są one potrzebne, by przeprowadzić skuteczną kampanię – twierdzi Mistewicz. Dowód: w ostatnich wyborach prezydenckich frekwencja wyniosła aż 86 proc. Podobne regulacje jak we Francji weszły niedawno w życie w Norwegii. Wkrótce pojawią się też w Szwajcarii.

Jak to wpłynie na przebieg kampanii prezydenckiej w Polsce? – Może będzie trochę mniej agresji na ulicach, mniej powodów do kłótni między politykami – przewiduje socjolog, prof. Ireneusz Krzemiński. Jego zdaniem brak możliwości promowania się na billboardach nie ogranicza kandydatom możliwości dotarcia do potencjalnych wyborców. Bo coraz większe pole do popisu daje internet. – Będzie odgrywać jeszcze większą – mówi Krzemiński.

Potwierdzają to już wprowadzane w życie strategie kandydatów. Już widać, że stawiają na internet. Zarówno ci, którzy już zadeklarowali swój start, jak i walczący dopiero o nominację partyjną Radosław Sikorski czy Bronisław Komorowski są coraz bardziej aktywni w sieci. Większość z nich uruchomiła właśnie nowe strony WWW. Zaczynają się też udzielać na portalach społecznościowych typu Facebook czy Twitter.

czytaj dalej

Reklama



Czy zdobywają dzięki temu poparcie? Na razie widać, że dopiero raczkują. Kilkanaście dni temu Andrzej Olechowski stał się obiektem żartów użytkowników Twittera, bo jego wpis pojawił się w chwili, gdy sam kandydat występował na żywo w programie u Tomasza Lisa. Kilka dni temu na Twitterze pojawił się Radosław Sikorski. Jednak zamiast gratulacji za start kampanii w prawyborach czy pytań o program internautów interesowało, czy mikrobloga prowadzi sam, czy robi to za niego jeden z asystentów. Już kampania do europarlamentu pokazała, że jeśli kandydat zaczyna stawiać na internet, musi to zrobić ze świadomością, że faktycznie musi tam być aktywny. Inaczej może na tym tylko stracić, zamiast zyskać.

Co na ten temat sądzą sami kandydaci? – Przecież sami chcieliśmy likwidacji billboardów, to był postulat SLD – podkreśla wicemarszałek Sejmu i kandydat na prezydenta Jerzy Szmajdziński. Mówi, że szuka innych sposobów na promocję, ale raczej postawi na bezpośrednie dotarcie do wyborców. Zadowolony ze zmian w prawie jest też Tomasz Nałęcz, kandydat SdPl i demokratów. Nic dziwnego – brak ograniczeń w wywieszaniu billboardów faworyzował tych, którzy dysponują największymi budżetami. – Wyeliminuje to szastanie publicznymi pieniędzmi. Ja byłbym za tym, aby ograniczyć także telewizyjne reklamówki – podkreśla Nałęcz.