"Gdyby w USA pojawiły się podobne zarzuty wobec członka rządu - jak te wobec wicepremiera Pawlaka - to nie byłoby najmniejszych wątpliwości, że osoba taka natychmiast zostałaby zdymisjonowana i byłby to dla niej koniec kariery" - mówi DZIENNIKOWI amerykanista prof. Zbigniew Lewicki. Podkreśla, że w Stanach Zjednoczonych nie wolno mieszać jakiejkolwiek działalności prywatnej i publicznej.

Reklama

>>> Premier zażąda szczegółowych wyjaśnień od Pawlaka

DZIENNIK napisał, że lider PSL i osoby z jego towarzystwa robią interesy z jednostkami ochotniczej straży pożarnej, które dysponują publicznymi pieniędzmi. Jako przykład podaje spółkę Internetowy Instytut Informacji - 3i, która świadczy usługi dla strażackiego zarządu, a w której przez pięć lat prezesowała partnerka wicepremiera.

>>> Czy coś się dzieje na linii PO - PSL?

Profesor Lewicki twierdzi, że w USA urzędnik państwowy - którym zaczęłyby interesować się media - sam by ustąpił, zanim otrzymałaby od dziennikarzy listę kłopotliwych pytań. "Bo kurczowe trzymanie się przez takiego urzędnika stołka, groziłoby całej administracji poważnymi konsekwencjami" - dodaje.

Reklama

Amerykanie wypracowali zresztą sposób, jak osoba publiczna ma dysponować swoim majątkiem. Każdy, kto sprawuje funkcję państwową, powierza swoje pieniądze "blind trust" - ślepemu funduszowi, który nimi zarządza. Polityk nie ma nawet pojęcia, jak pracuje jego majątek.

Reklama

>>> Pawlak: Nie ma nic do ukrycia

W Niemczech, gdyby wicepremier Pawlak był w rządzie, to musiałby ustąpić - mówi DZIENNIKOWI Klaus Bachmann, politolog i korespondent prasy niemieckiej w Polsce. Przypomina sprawę Juergena Moellemanna, który w 1993 roku ustąpił ze stanowiska ministra gospodarki po ujawnieniu, że promował produkty swego krewnego.

Bachmann zwraca uwagę, że reakcja na wykorzystywanie stanowiska publicznego do robienia pieniędzy zależy od "społecznej wrażliwości", jaka panuje w danym kraju. Przyznaje, że w Niemczech poprzeczka jest ustawiona wysoko. Choć przypomina aferę z nielegalnym finansowaniem partii CDU. Po jej ujawnieniu odpowiedzialnemu za nią kanclerzowi Helmutowi Kohlowi włos z głowy nie spadł.