Główny fighter "S' nic nie robi sobie z tego, że stał się z dnia na dzień bohaterem. Spotkanie na szczycie nie spędza mu snu z powiek. W piątek wyjechał na Kaszuby i wraca dopiero w niedzielę. Będzie tam razem z innymi studentami z Wyższej Szkoły Bezpieczeństwa w Poznaniu, na której studiuje i pisze pracę "Bariery w zarządzaniu - środowisko przedsiębiorstwa". Lekceważąco mówi, że dopiero w niedzielę po powrocie rzecznik rządu Paweł Graś będzie mógł z nim ustalić szczegóły debaty.

Reklama

>>> Debata Tusk-związkowcy w poniedziałek

Z nami Roman Gałęzewski rozmawia przed wyjazdem z Gdańska, w sali konferencyjnej "S". Jest opanowany i pedantyczny do tego stopnia, że układa równiutko nasze notatki, kartki, wycinki artykułów. Gdy zauważa nasze zdziwienie, przyznaje: "No tak, lubię porządek. W domu musi być wszystko poukładane".

Do spotkania z premierem się nie przygotowuje. Związek też nie. "S" nie wynajmuje żadnego speca od wizerunku, by podszkolił przewodniczącego w formułowaniu zdań, w celnych odpowiedziach i zaczepnych pytaniach. "Po co? Ja mam całą stocznię w głowie" - oponuje. "Nie jestem tresowaną małpką, żeby nie mówić tego, co myślę. Jak coś powiem nieskładnie, to powiem".

Debata z Tuskiem wcale go nie onieśmiela. "A poza tym Tuska kiedyś spotkałem, jeszcze nie był premierem" - mówi.

O premierze ma wyrobione zdanie. "Tusk nienawidzi stoczni" - mówi z przekonaniem. I analizuje: premier nie pomaga stoczni z powodów czysto politycznych. To za rządów Prawa i Sprawiedliwości pojawił się projekt ratowania stoczni i wejścia do niej inwestora. Gdyby się udało, to PiS podpiąłby się pod sukces stoczniowców i zdobywał polityczne punkty na ich ciężkiej pracy. "I dlatego Tusk woli pogrzebać cały zakład" - rozumuje Gałęzewski.

Ze swobodą i ciepłym uśmiechem mało przypomina związkowca. Ubrany w zielony roboczy drelich, sztruksową czarną marynarkę, niebieską koszulę pod kolor oczu. Na ręku dobry, duży zegarek Breitlinga. "Kupiłem w Singapurze, chiński, ale ma sporo oryginalnych części" - mówi. Zwiedził pół świata: Bahrajn, Dubaj, Miami, Bahama, Livorno, Rotterdam. Podróżnik? Nie, mechanik.

"Bo ja jestem specjalistą od ustawiania silników na statkach. To się robi z precyzją setnych milimetra, na podkładkach cieńszych niż druk na tym papierze. Ale ja to potrafię, jestem dobry. Potrafię wyczuć metal, jak się ugnie, jak zachowa pod naprężeniem. I tak od lat biorę urlop i jadę gdzieś popracować. Takie saksy" - tłumaczy.

W listopadzie był w Rotterdamie, jednym z największych portów świata. Teraz też jedzie. "Mam dwie ręce i potrafię zarobić na siebie" - mówi z dumą. Opowiada anegdotę: "W 1991 w Bahrajnie podszedł do mnie Arab z gazetą i pokazuje na zdjęcie Wałęsy ze mną w tle. I patrzy na mnie umorusanego w kombinezonie i pyta mnie: czy to ja?".

Dlaczego został związkowcem? "Sam nie wiem" - odpowiada. W latach 80. - jak sam mówi - był płotką. Kolportował bibułę, pracował w Przedsiębiorstwie Robót Podwodnych, potem w Dalmorze. Zawsze przy silnikach. W 1983 pojawił się w Stoczni Gdańskiej i tam został, montując wielkie jak domy silniki okrętowe.

Opowiada drugą anegdotę. Dowodzi, że wbrew pozorom, potrafi się zdenerwować. Kiedyś tak się wściekł, że chciał swojego rozmówcę wyrzucić przez okno. "Oczerniał mnie. Twierdził, że przez moją wypowiedź miał być rozwiązany jeden z wydziałów. Wziąłem tego kolegę za frak, uniosłem, za ręce mnie inni łapali. Ale się potem pogodziliśmy, wyjaśniliśmy. Nadal jesteśmy kolegami" - zapewnia Gałęzewski.

Podczas debaty z Tuskiem nerwów nie przewiduje. Ma zresztą już przygotowany plan rozmowy. Co powie Tuskowi? Dwie rzeczy. Przede wszystkim to, że ta ogromna kwota 700 mln złotych pomocy publicznej, która rzekomo miała trafić do Stoczni Gdańskiej, nigdy tam nie dotarła. Wylądowała w Stoczni Gdyńskiej. Tymczasem Komisja Europejska przez te pieniądze nie pozwala teraz na ratowanie kolebki "S" .

"Ktoś przygotowując papiery dla Komisji, pomylił chyba te nazwy. I teraz Stocznia Gdańska ma kłopoty. Chciałbym, żeby premier przyznał nam wreszcie rację" - zapala się Gałęzewski. "A jak Tusk powie, że pomoc jest policzona dobrze i nie było pomyłki?" - pytamy. "To wtedy zażądam ujawnienia ludzi, co to obliczyli. Raport Najwyższej Izby kontroli z lutego tego roku mówi o 40 milionach zł, a nie 700".

>>> Tusk już myśli, jak przekonać związkowców

"A jeśli premier powie, że załatwił armatora budującego statki na przykład z Kataru?". "To zapytam, po co było wydawać pieniądze dla stoczniowców odchodzących z pracy, skoro jest praca. Po co ta rozrzutność?". Ma na każde pytanie odpowiedź. Ale premier może mieć nieoczekiwane wsparcie. Bo na debatę wybiera się też Marek Bronk, przewodniczący mniejszego od "S" Związku Zawodowego Okrętowiec.

Reklama

"Ja nie będę oglądać debaty, ja chcę tam być" - mówi. On wierzy wyliczeniom rządu. "Chciałbym, żeby było tak, jak mówi Roman, ale tak nie jest" - rzuca, stojąc przy pochylni B1. Ma swoją wizję rozwoju Stoczni Gdańskiej. "Zmniejszymy produkcję, zwolnimy pochylnie i taka mała kompaktowa stocznia przetrwa. Takie są realia. Ja tylko chciałbym, żeby premier ostatecznie powiedział, co z tą pomocą, ile tam jest dokładnie pieniędzy" - mówi Bronk.

Na pewno nic nieprzewidzianego nie grozi Gałęzewskiemu ze strony trzeciego rozmówcy - przedstawiciela OPZZ Mirosława Bratkowskiego. Ubrany w roboczy drelich związkowiec mówi wprost, że będzie raczej statystą. "Chcemy pokazać, że nasz związek jest reprezentatywny. Może się tak zdarzyć, że nic nie powiem" - przyznaje.