Mamy kryzys. W Polsce przebiega on łagodnie, ale nie ma możliwości, żebyśmy byli oazą szczęśliwości na Saharze kryzysu gospodarczego. Spójrzcie co dzieje się
np. na Łotwie, gdzie PKB spadło o 18,6 proc. w pierwszym kwartale 2009 r. Według mnie projekt nowelizacji budżetu będzie zakładał jednoczesne wprowadzenie oszczędności, zwiększenie
obciążeń podatkowych i prawdopodobnie niewielkie, ale jednak zwiększenie deficytu. Moim zdaniem powinien oznaczać też szukanie dodatkowych źródeł dochodu budżetu. Jeśli będzie to też
zwiększenie podatków w niektórych obszarach, to ten dzień wolności się przesunie.
Na szczęście nie jestem ministrem finansów. Ale ten rząd na pewno w zwiększaniu opodatkowania zachowa jak najdalszą wstrzemięźliwość. Ze względów programowych jesteśmy przeciwnikami
zwiększania obciążeń podatkowych.
Ale rządzą z nami, a nie z PiS. I chyba rządzi im się nie najgorzej. Sprawa deficytu nie będzie linią podziału między PSL a PO, koalicja przez budżet nie ucierpi.
Liczę, że 7 lipca. Budżet to teraz priorytet dla Sejmu. Jest możliwość zwołania nadzwyczajnego posiedzenia 9 lipca, żeby odbyć pierwsze czytanie. Zakładam, że na kolejnym posiedzeniu w
połowie lipca uda się zamknąć prace w komisjach. Jeśli nie, to zwołamy kolejne nadzwyczajne posiedzenie 20 lipca.
Opozycja pewnie będzie chciała eksploatować problem oszczędności w resortach. Ale po laniu, jakie dostała w ostatnich wyborach do europarlaemntu, nie sądzę, żeby była w stanie wiarygodnie,
mocnym głosem przemawiać.
To się do tej pory nie zdarzyło, żeby minister finansów był premierem. Szef rządu powinien mieć inne kwalifikacje niż minister finansów. Przede wszystkim zdolność do posiadania dobrego
ministra finansów (śmiech).
Ciekawie brzmi. Rozumiem, że nawiązujecie do różnych sondaży. Ale ja mam zasadę, że najważniejsze jest wypełnienie ról, które mi przypadły w udziale, a nie spekulowanie na temat innych
stanowisk. Jestem marszałkiem Sejmu. Te sondaże to dla mnie jedynie sprawdzian popularności i zaufania. To cieszy. Ale te sondaże mówią przede wszystkim jedno: większośc opinii publiucznej
wskazuje różnych następców Donalda Tuska, bo jest przekonana, że obecny premier zostanie prezydentem.
Jeszcze niedawno próbowano mnie wkręcić w debatę: Tusk czy Komorowski na prezydenta. Teraz nie dam się wkręcić w dyskusję o przyszłych premierach. Taka debata jest przedwczesna i może być
szkodliwa. Platformie zależy, by wygrywać wybory i dobrze rządzić. Ale dyskusje o tym, kto ma większe szanse w PO tworzą wrażenie, że już wszyscy czekają w blokach startowych na moment,
kiedy zacznie się ostra wewnętrzna walka. A takiej atmosfery nie ma.
Są różne możliwe warianty. Obecny premier i wicepremier znakomicie ze sobą współpracują.
Zostawiam wam te rozważania.
Wielu. Platforma ma możliwość różnych opcji. To zresztą nie przekreśla żadnych scenariuszy, które snujecie.
To jest sprawa taktyki politycznej. Taka wygrana na kongresie może wspomagać kampanię. Jestem zwolennikiem wizji prezydentury lekko zdystansowanej od codziennej polityki partyjnej. Więc byłbym
zwolennikiem zaznaczenia na kongresie nowego etapu, na którym się znajdujemy. I przynajmniej deklaracji kandydata na prezydenta o zamiarze odsunięcia się od bieżącej polityki partyjnej.
Lech Kaczyński będzie w sytuacji przymusowej. Będzie musiał konkurować z Tuskiem. I tak to trzeba ująć: to nie będzie konkurencja Tuska z Kaczyńskim, tylko odwrotnie. Sondaże są tu dla
obecnego prezydenta nieubłagane.
Nie ma konfliktu Palikot – Schetyna. Palikota, mówiąc kolokwialnie, ochrzaniamy wspólnie. Rozmawiałem w sobotę ze Schetyną, nie odniosłem wrażenia, żeby Palikot był dla niego
problemem. To jest wywołane trochę przez samego Palikota. On bywa kłopotem dla partii, jak zachowuje się zbyt figlarnie, ale z drugiej strony jest ważną twarzą PO, którą niektórzy nasi
wyborcy uwielbiają. Ponadto dobrze zasłużył się pracą w komisji Przyjazne Państwo.
Ale co to znaczy wyjaśnić? Od tego jest prokuratura. My nie mamy własnej wywiadowni.
Sam prowadziłem komisję, która badała sprawę Piskorskiego. I wiem, że nie ma lepszego narzędzia do wyjaśnienia zarzutów niż prokuratura.
Ja swoją pracę nałożoną przez PO wykonałem, jak umiałem najlepiej. Na tym postawmy kropkę. Partia to nie zbiorowa prokuratura.
Wszyscy wiedzą, że o zapisach dotyczących finansowania i tak na końcu decyduje ustawa budżetowa. Nie jest jeszcze za późno na poważną rozmowę.
Nie skieruję pod głosowanie tej ustawy, dopóki nie będę mieć świadomości, że wykonano pracę na rzecz wyjaśnienia wszystkich wątpliwości. To Senat zmienił zapisy, zobaczymy, jak na to
zareagują sejmowe komisje. Na razie szefowa komisji kultury jednoznacznie opowiada się za powrotem do poprzedniego kształtu ustawy.
Nie słyszałem wypowiedzi premiera, który mówiłby, że tylko takie rozwiązanie i żadne inne. Rząd na każdym etapie będzie mógł się wypowiadać, zwłaszcza na temat pieniędzy. Wcale nie
uważam, że najlepszym rozwiązaniem dla mediów publicznych jest gwarancja stałego poziomu finansowania. Bez względu na to, jak się gospodaruje publicznym groszem.
PiS nie ma moralnego prawa do mówienia o jakimkolwiek ryzyku upolitycznienia mediów po tym, co samo z nimi zrobiło.
Tak mówi. Ale ma też doświadczenie, czym się skończyło przyjęcie weta. Rządzi pan Farfał. Lewicę utrzymanie tego stanu rzeczy kosztowałoby najwięcej w sensie politycznym. Więc trzeba ją
przekonać do akceptacji.
*Bronisław Komorowski, marszałek Sejmu