Gabinety ma dać resort edukacji, a usługi medyczne zapewnić Narodowy Fundusz Zdrowia, czerpiąc z budżetu na profilaktykę. "To będzie trudne. Gabinety lekarskie zniknęły ze szkół, bo za zdrowie dziecka odpowiadają rodzice. Lekarz nie może badać dziecka bez ich zgody. Aby do szkół wróciły gabinety, obowiązek opieki medycznej nad dzieckiem musiałoby znowu przejąć państwo" - tłumaczy DZIENNIKOWI wiceminister zdrowia Bolesław Piecha.
Inna sprawa, że NFZ płaciłby wtedy za każdego ucznia dwa razy. "Każdy jest już przecież pod opieką lekarza rodzinnego" - tłumaczy Anna Oblacińska, kierownik Zakładu Medycyny Szkolnej Instytutu Matki i Dziecka. Sugeruje, by pieniądze wydać na więcej pielęgniarek, a systemu nie zmieniać. "To kolejny, niedopracowany pomysł szefa MEN" - tak o pomyśle Romana Giertycha mówi przewodnicząca sejmowej komisji ds. edukacji Krystyna Szumilas z PO.
"Już teraz służba zdrowia jest niedofinansowana. Zamiast zatrudniać lekarzy, lepiej skupić się na okresowych wizytach okulisty czy stomatologa" - wyjaśnia Szumilas. Dane Zakładu Medycyny Szkolnej jasno pokazują, skąd bierze się alarmująca informacja o jednej pielęgniarce na 1200 uczniów. W dużych miastach gabinety są właściwie w każdej szkole, na wsi - tylko w co trzeciej. O ile minister zdrowia nie zajmie się przede wszystkim dziećmi z wiejskich szkół, nic się w tym kraju nie zmieni.