Kobiety, które są w ciąży i właśnie wybrały szpital, w którym chcą urodzić, mogą się dramatycznie rozczarować. W najważniejszym momencie może się okazać, że ich nie przyjmą,
bo... limity kobiet, które mogą urodzić w danym szpitalu się wyczerpały.
Taki horror zgotował ciężarnym prezes Narodowego Funduszu Zdrowia Andrzej Sośnierz. Chce decydować, ile dzieci będzie się rodzić w Polsce i gdzie one przyjdą na świat. Wprowadził limity na
porody, czyli wyznaczył porodówkom konkretną liczbę pacjentek, które mogą przyjąć w roku. A limit wyznaczony przez Sośnierza jest jak wyrok - żadna ponadprogramowa, według szefa NFZ,
pacjentka nie dostanie się na wybrany wcześniej oddział. Gdy poczują bóle porodowe, będą rozpaczliwie jeździć od szpitala do szpitala i na izbie przyjęć pytać o limity - alarmuje
"Fakt".
Minister zdrowia Zbigniew Religa powiedział radiowym "Sygnałom Dnia", że taka decyzja nie mieści się w głowie. Obiecał, że jeszcze dziś będzie rozmawiał o tym
"nieporozumieniu" ze Zbigniewem Sośnierzem.
Do tej pory nikt nie chciał pozbawiać kobiet wyboru szpitala, gdzie będą chciały urodzić. A dyrektorzy oddziałów położniczych nie musieli łamać sobie głów, czy fundusz zwróci im
pieniądze za odebrane porody.
"W 2005 roku urodziło się nam 1750 dzieci, w 2006 już 1900, sądzę, że w tym roku znów możemy mieć więcej porodów. Tymczasem pieniądze przyznane nam przez NFZ wystarczą na ok.
1500 porodów" - martwi się Alicja Daleczko, dyrektor Specjalistycznego Szpitala Ginekologiczno-Położniczego w Wałbrzychu.