DZIENNIK poznał niektóre szczegóły tajnego raportu, który przeczytała dotąd wąska grupa najważniejszych urzędników w państwie. Jak ustaliła gazeta, kilkusetstronicowy dokument podzielony jest na trzy części. W pierwszej, jawnej, opisane są podejrzane, zdaniem weryfikatorów, operacje służb wojskowych. W tej części przewijają się nazwiska tajnych współpracowników WSI, które najbardziej elektryzują polityków i opinię publiczną.
Na drugą, ściśle tajną część raportu składają się źródłowe dokumenty stworzone przez WSI i współpracowników tych służb: polecenia, plany operacji, notatki. Najwięcej emocji wzbudzi część trzecia. Jest to lista około stu współpracowników, którzy, zdaniem weryfikatorów, wyszli poza prawne ramy działalności WSI. Według źródeł DZIENNIKA, nie będzie jednak wstrząsu. "Najgłośniejsze nazwiska wylały się już w przeciekach z komisji Antoniego Macierewicza" - mówi rozmówca gazety.
Bez znanych nazwisk
Wśród współpracowników wymienionych w raporcie nie ma nazwisk pierwszoligowych ani nawet drugoligowych polityków. Jest nazwisko człowieka, który był w gabinecie politycznym Lecha Nikolskiego, gdy ten kierował Rządowym Centrum Studiów Strategicznych w rządzie Leszka Millera. "Chyba wiem, o kogo chodzi. Ale nawet nie potrafię sobie przypomnieć nazwiska tego pana. Jego rola była niewielka. Pracował u mnie raptem kilka miesięcy" - powiedział DZIENNIKOWI Nikolski. W raporcie rozszyfrowane jest też nazwisko współpracownika o pseudonimie Falkowski - chodzi o znanego dziennikarza, który zajmuje się polityką międzynarodową. Publicysta ten pisał analizy dla WSI na tematy krajów postsowieckich.
Dokument przypomina też kilka opisywanych już przez prasę operacji, w których pojawili się ludzie z WSI. Chodzi m.in. o nielegalny handel bronią, aferę paliwową, inwigilację Radka Sikorskiego w 1992 roku przez kontrwywiad wojskowy. W sprawozdaniu stawiany jest zarzut braku nadzoru nad WSI ze strony Zwierzchników Sił Zbrojnych - prezydentów Lecha Wałęsy, a potem Aleksandra Kwaśniewskiego.
Raport - jak podkreśla jedno ze źródeł DZIENNIKA - jest niechlujny. "W spisie treści jest napisane, że taka afera jest opisana na takiej a takiej stronie. W rzeczywistości jest o niej mowa w zupełnie innym miejscu dokumentu. To świadczy o tym, że raport był pisany na kolanie do ostatniej chwili" - opowiada informator gazety. Bogdan Borusewicz, marszałek Senatu, który dostał dokument do zaopiniowania, przyznał wczoraj w radiu RMF, że raport "nie poraża i nie wstrząsa". Rozmówca DZIENNIKA, który prosił o anonimowość, jest bardziej dosadny: "Zapowiedzi były gigantyczne. To miała być bomba atomowa. Wyszedł niewypał".
Raport w sieci
W porannej audycji "Sygnały Dnia" prezydent Lech Kaczyński dał do zrozumienia, że raport o WSI poznamy jeszcze dziś. Dokument ma ujawnić działalność przestępczą żołnierzy i współpracowników WSI oraz tych, którzy zajmowali kierownicze stanowiska państwowe, wiedzieli o sprzecznych z prawem działaniach WSI i nic z tym nie zrobili. Jak powiedział Kaczyński, w raporcie nie ma nazwiska byłego prezydenta Lecha Wałęsy. "W pewnych kontekstach" pojawia się natomiast Aleksander Kwaśniewski. Prezydent zastrzegł jednak, że nie ma dowodów, iż Kwaśniewski bezpośrednio kierował WSI.
Zdaniem Lecha Kaczyńskiego ogromna ilość informacji na temat WSI nigdy nie trafiła do zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej, bo "wymyślono sposób, by materiały archiwalne nie były archiwalne", co miało chronić agentów służb komunistycznych. W radiu RMF FM minister obrony narodowej Aleksander Szczygło zapowiedział, że raport zostanie opublikowany na stronach internetowych Kancelarii Prezydenta około południa.