Sąd Okręgowy w Warszawie kontynuował cywilny proces, który lider PiS wytoczył Giertychowi za jego słowa, że gdy Kaczyński był premierem, zbierał "haki" na innych polityków. "To są kłamstwa, nie mające faktycznych przesłanek" - replikował wtedy Kaczyński. "Nie było żadnych teczek, nie było żadnych akcji ad personam wobec kogokolwiek" - zapewniał szef PiS, zapowiadając pozew wobec Giertycha.

Reklama

Także Giertych (w czasie koalicji PiS-Samoobrona-LPR wicepremier i minister edukacji, obecnie adwokat) pozwał J. Kaczyńskiego za to, że b. premier - zaprzeczając zarzutowi - oskarżył go o kłamstwo. Procesy toczą się oddzielnie. W obu powodowie żądają od adwersarzy publikacji przeprosin m.in. w telewizjach, czego koszt może wynieść kilkaset tysięcy zł. Aby nie przegrać procesu o ochronę dóbr osobistych, pozwany musi dowieść, że jego słowa były prawdziwe albo wykazać, że jego działanie nie było bezprawne, bo działał w interesie publicznym.

Przyczyną obu procesów są wypowiedzi ze stycznia zeszłego roku, gdy Giertych powiedział, że jednym z powodów, dla których wyszedł z rządu PiS-Samoobrona-LPR, było to, że Kaczyński "zbierał <haki>" na konkurencyjnych polityków. Miał - według Giertycha - m.in. na głos zastanawiać się, jak zareaguje Grzegorz Schetyna, gdyby aresztować jego żonę. Według Giertycha forma "zbierania <haków>" na Donalda Tuska "była obrzydliwa", a dane te dotyczyły spraw "bardzo odległych, z przeszłości". Według niego wszyscy politycy PO mieli założone teczki przez PiS.

W środę przed sądem ponad dwie godziny zeznawał Ziobro, za czasów rządów PiS minister sprawiedliwości-prokurator generalny - obecnie europoseł PiS. Jak ocenił Ziobro, Giertych "formułuje bezpodstawne, nieprawdziwe oskarżenia wobec Jarosława Kaczyńskiego dotyczące czasów rządów 2005-07 r., bo odczuwa nieuzasadniony żal i czuje się skrzywdzony w związku z tym, że znalazł się poza polityką na skutek porażki ugrupowania, któremu przewodził". "Błędnie wiąże swą porażkę z działaniami Jarosława Kaczyńskiego" - powiedział Ziobro.



Zaprzeczył, by lider PiS kiedykolwiek usiłował wpływać na bieg jakichkolwiek śledztw - także tych, w których występowały osoby publiczne. "Zawsze mówił, że zarzuty należy stawiać niezależnie od sytuacji majątkowej, społecznej czy środowiska politycznego, z którego się wywodzi osoba podejrzana" - zapewniał b. minister sprawiedliwości.

Zeznał, że jedynie ogólnie informował Kaczyńskiego o najważniejszych śledztwach dotyczących problematyki związanej z bezpieczeństwem państwa i uznał, że przekazywanie takich informacji premierowi było zgodne z prawem. Prawnicy Giertycha chcieli zapytać Ziobrę, czy do sfery bezpieczeństwa państwa należało także śledztwo w sprawie "seksafery" w Samoobronie, w której zarzuty usłyszeli Stanisław Łyżwiński (jest już skazany) i Andrzej Lepper, ale sąd uchylił im to pytanie. Wcześniej Ziobro zeznał, że nie widział nic dziwnego w tym, iż premier pytał go o tę sprawę. Zaprzeczył, by przekazywał Kaczyńskiemu lub Giertychowi informację o wyniku badań DNA dziecka pokrzywdzonej w sprawie "seksafery" Anety Krawczyk.

Zarazem Ziobro oświadczył, że nigdy nie było sytuacji, w której Jarosław Kaczyński kiedykolwiek zapoznałby się z całymi aktami jakiegoś śledztwa. "Jeśli się zapoznawał, to jedynie zapoznawał się z kserokopiami fragmentów" - podkreślił nawiązując do sytuacji, gdy J. Kaczyński zapoznał się z częścią materiałów śledztwa dotyczącego tzw. mafii paliwowej. Stało się to zanim lider PiS został premierem. Badała to płocka prokuratura i uznała, że nie doszło do przestępstwa, bo Kaczyński jako członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego miał prawo poznać te materiały.

Pytany o śledztwo dotyczące podejrzenia nieprawidłowości w finansowaniu LPR, Ziobro oświadczył, że informował premiera Kaczyńskiego o tej sprawie jedynie w kontekście "pojawiających się zarzutów medialnych, by zapewnić premiera, że śledztwo toczy się zgodnie z prawem".