Komisja weryfikacyjna bada na wtorkowej rozprawie sprawę zreprywatyzowanej w 2015 r. nieruchomości przy ul. Skaryszewskiej 11 na warszawskiej Pradze.

Decyzją z końca 2015 r. ratusz ustanowił prawo użytkowania wieczystego do Skaryszewskiej 11 na rzecz nowego właściciela, a w 2016 r. dzielnica Praga Południe orzekła o przekształceniu tego prawa w prawo własności. Nowy właściciel po odzyskaniu nieruchomości sprzedał ją prywatnej firmie. W sprawie pojawiło się kilku kuratorów, lokatorzy skarżyli się na swoją sytuację po przejęciu kamienicy przez nowych właścicieli.

Waldemar Szewczyk powiedział przed komisją, że przy Skaryszewskiej 11 mieszka od 47 lat. Wcześniej mieszkała tam babcia jego żony.

Jak mówił, o reprywatyzacji Skaryszewskiej 11 dowiedział się w 2006 r. - Każdy działał wtedy indywidualnie, jeździliśmy do ksiąg wieczystych itd., do Ministerstwa Skarbu, Finansów. Pytaliśmy, czy indemnizacją zostały objęte te osoby, które dziedziczyły - powiedział.

Szewczyk podkreślał, że lokatorzy mieli wątpliwości, co do prawidłowego kręgu dziedziczenia. Powołując się na dane z ksiąg wieczystych mówił, że część spadkobierców zginęła podczas II wojny światowej m.in. w getcie warszawskim - te dane uzyskał w 2016 r. Jak dodał, wątpliwości zostały zgłoszone do prokuratury.

Według jego wiedzy, kamienica do 2015 r. była poza możliwością przekazania. "Dopiero pani Gertruda J.-F. (była naczelnik Wydziału Spraw Dekretowych i Związków Wyznaniowych Biura Gospodarki Nieruchomościami urzędu m.st. Warszawy, podejrzana w jednej ze spraw reprywatyzacyjnych - PAP) przekazała ją w 2015 r." - powiedział Szewczyk. Dodał, że 11 mieszkańców Skaryszewskiej dostało mieszkania zastępcze.

Sebastian Kaleta pytał o przedwojennych właścicieli nieruchomości i ustanowienie kuratorów dla sześciu osób; interesowało go, czy kiedykolwiek któryś z kuratorów dotarł do świadka.

- Nigdy do mnie nie dotarł żaden kurator, nawet nie wiedziałem z początku, że byli tacy kuratorzy - powiedział Szewczyk. Zaznaczył, że wszyscy w zasadzie beneficjenci reprywatyzacji Skaryszewskiej 11, oprócz jednego - dla których ustanowiono kuratorów - musieliby mieć ponad 100 lat.

Mieszkaniec Skaryszewskiej 11 zeznał, że dwukrotnie ubiegał się o lokal zastępczy. Wyjaśnił, że wygrał pierwszą sprawę ws. podwyżki czynszu i dlatego gmina anulowała mu możliwość dostania mieszkania. Jednak - jak wyjaśnił - beneficjent reprywatyzacji złożył apelację, więc "trzy, cztery tygodnie temu" on złożył jeszcze raz pełny wniosek o mieszkanie i czeka na rozpatrzenie swojej sprawy.

Wcześniej przed komisją zeznawała Janina Ryszko, która przyznała, że odwołała się od podwyżki czynszu - który podniesiony został z 400 na 1000 zł - i dlatego płaci niższą kwotę; w marcu ma wyznaczoną sprawę w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Pragi-Południe - jest to sprawa w pierwszej instancji.

Szewczyk zapytany, jak zmieniło się jego życie po reprywatyzacji kamienicy odpowiedział, że "koszmarnie się zmieniło". - Po pseudoremontach została obniżona temperatura ogólnie na klatce jak i w pomieszczeniach, które zajmujemy ze względu na zerwanie podłogi i brak ścianek działowych. To powoduje, że do tego stopnia jest zawilgocenie, że nawet pleśń występuje w szafach, które zajmujemy - powiedział. Dodał, że w budynku nie ma centralnego ogrzewania, a on sam płaci 1000 zł miesięcznie na ogrzewanie lokalu.

Jak zaznaczył, remont w takim zakresie powinien się odbyć dopiero po opuszczeniu mieszkań przez lokatorów. Zapytany przez przewodniczącego komisji Patryka Jakiego, czy remont w budynku prowadzony jest tak długo, żeby utrudnić życie mieszkańców i zmusić ich do wyprowadzki, odpowiedział, że mieszkańcy "tak to odbierają".

Pytany, czy doświadczył jakiejś formy szykany świadek zaprzeczył. Dodał przy tym, że jego sąsiadów pytano m.in. kiedy się wyprowadzą, a niektórym lokatorom udostępniano przewóz mebli, aby ułatwić im zmianę lokalu.

Szewczyk zeznał, że w czasie, kiedy mieszka przy Skaryszewskiej 11 dwukrotnie malowano klatki schodowe, remontowane były balkony oraz dach. Jak mówił - dwa, trzy miesiące przed przejęciem kamienicy przez nowego właściciela wymienione zostały okna na klatce, do czego doszło po pismach mieszkańców do administracji.

Świadek: Wiem, że są jakieś możliwości kompensaty

Komisja weryfikacyjna bada na wtorkowej rozprawie sprawę zreprywatyzowanej w 2015 r. nieruchomości przy ul. Skaryszewskiej 11 na warszawskiej Pradze. Decyzją z końca 2015 r. ratusz ustanowił prawo użytkowania wieczystego do Skaryszewskiej 11 na rzecz nowego właściciela, a w 2016 r. dzielnica Praga Południe orzekła o przekształceniu tego prawa w prawo własności. Nowy właściciel po odzyskaniu nieruchomości sprzedał nieruchomość prywatnej firmie.

Sebastian Kaleta pytał świadka, jaki jest jego "stosunek rodzinny" do przedwojennych właścicieli nieruchomości. Baczko powiedział, że on bezpośrednio nie jest zaangażowany w sprawę, a w imieniu rodziny działa jego brat, Aleksander Baczko i reprezentująca go kancelaria. "Istnieje powiązanie między własnością kamienicy, a moimi przodkami. Moim pradziadkiem był Pinkus Friedman, on miał dwóch synów i jeden był moim dziadkiem - wyjaśnił Baczko.

Kaleta dopytywał świadka, czy sprzed 2015 r. kontaktowali się z nim kuratorzy, którzy mieli szukać spadkobierców dawnych właścicieli. Świadek zaprzeczył. Jak powiedział Kaleta, dla matki oraz dla ciotki świadka w 2009 r. ustanowiono kuratora dla osób nieznanych z miejsca pobytu. Baczko powiedział, że nie wiedział o tym fakcie, podkreślił, że jego matka zmarła w 2008 r.

Świadek był pytany następnie, czy z tytułu praw jego matki do Skaryszewskiej 11, on i jego brat partycypowali w reprywatyzacji tej nieruchomości. - Nie, o samym fakcie dowiedziałem się dopiero w zeszłym roku. Wiem, że są jakieś możliwości kompensaty, nie wiem jak one się mają do wartości rynkowej - odpowiedział Baczko.

Wyjaśnił, że "główni właściciele" Skaryszewskiej 11 zginęli w czasie okupacji w wyniku Holokaustu zamordowani w obozach koncentracyjnych. - Ich spadkobiercy przeżyli w Polsce i po wojnie mieszkali w Warszawie nadal i po pogromie kieleckim moja ciocia wyjechała, najpierw do Szwecji, później do Australii. A później ok. 1956 r. wyjechał jej brat - powiedział świadek.

Zaznaczył, że cały czas był w Polsce, a jego brat wyjechał z kraju w latach 80. ub. wieku.

Odpowiadając na pytania stron m.in. o to, jakiego rzędu wielkości mogą być udziały jego rodziny w Skaryszewskiej 11, wyjaśnił, że to udziały "rzędu pięciu procent".

Świadek: Jakub R. przekazał pracownikom BGN, że ma być 300 decyzji rocznie

Justyna Wójcik zeznała, że w Biurze Gospodarki Nieruchomościami było polecenie, aby wydawać dwie decyzje reprywatyzacyjne miesięcznie. Maila w tej sprawie wysłała do pracowników Gertruda J.-F. (była naczelnik Wydziału Spraw Dekretowych i Związków Wyznaniowych Biura Gospodarki Nieruchomościami urzędu m.st. Warszawy, podejrzana obecnie w jednej ze spraw reprywatyzacyjnych - PAP).

Urzędniczka została poproszona przez członka komisji Sebastiana Kaletę o doprecyzowanie tej sprawy i potwierdzenie informacji, że urzędnicy mieli obowiązek wydawania 300 decyzji rocznie. - Jak przyszłam do pracy w roku 2008 do BGN-u, to rzeczywiście informację przekazał nam pan Jakub R. (były wicedyrektor BGN, który usłyszał zarzuty o charakterze korupcyjnym ws. reprywatyzacyjnych - PAP), że ma być 300 decyzji rocznie i brane pod uwagę były decyzje zwrotowe - znaczy się - kto najwięcej ich wydał - powiedziała.

Jak dodała, nie wie jak nagradzani byli pracownicy wydający 300 decyzji rocznie, bo ona nie znajdowała się w tym gronie. - Wtedy mieliśmy system premiowania, więc być może były to premie, ale nie mam takiej wiedzy - mówiła.

Urzędniczka potwierdziła, że wśród pracowników dominowała opinia, że polecenie służbowe Jakuba R. o konieczności wydawania 300 decyzji rocznie wynikało z ustaleń z kierownictwem ratusza. "Mieliśmy informację od naszych przełożonych, że to jest na polecenie pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz" - dodała.

Wójcik zauważyła, że w systemie motywacyjnym liczyły się tylko wydane decyzje zwrotowe. - Mówione było, że w systemie liczą się tylko decyzje zwrotowe. Jeżeli było liczone, kto ile wydał decyzji, to nie liczone były decyzje odmowne. Zawsze były brane pod uwagę tylko decyzje zwrotowe - zaznaczyła.

Pytana, czy ten system powodował, że pracownicy nie zwracali uwagi na pewne szczegóły, aby wydać decyzję zwrotową, powiedziała, że "wszyscy bardziej skupiali się na tym, żeby wydawać decyzje zwrotowe, a nie odmowne".

Dodała, że "za czasów pana Jerzego M. (były wicedyrektor BGN, podejrzany w sprawach reprywatyzacyjnych - PAP) pojawiły się informacje, że mają być dwie decyzje miesięcznie".

Zapytana, ile osób wówczas w BGN zajmowało się sprawami wydawania decyzji odpowiedziała, że było to ok. 8 do 10 osób.

Dopytywana jak wyglądało rozliczenie wydania dwóch decyzji miesięcznie Wójcik odpowiedziała, że "jeżeli ktoś nie przygotował projektu, to dostawaliśmy maile od naszej pani naczelnik, że następujące osoby mają limit zero albo jedną decyzję". Jak zaznaczyła, "ci co mieli dwie decyzje nie wymieniani byli w mailach".

Podkreśliła, że nie zawsze wydawała dwie decyzje zwrotowe miesięcznie. Zaznaczyła, że jeżeli nie było przesłanek do wydania pozytywnej decyzji, a były przesłanki do wydania decyzji odmownej, to wydawała decyzję odmowną zgodnie z tym, co przedstawiał materiał.

- Jeżeli miałam podstawę, do tego żeby wydać odmowę, to ją po prostu wydawałam - podkreśliła świadek.

Wójcik powiedziała, że było zebranie podczas, którego Jakub R. gratulował kilku osobom, które przygotowały najwięcej decyzji, pod uwagę nie były brane decyzje odmowne.

Kucharski: nie mieliśmy wpływu na postępowanie reprywatyzacyjne

- Od maja 2006 r. główne akta własnościowe nieruchomości przekazane zostały przez delegaturę BGN w dzielnicy do centrali BGN. Kompetencje i zadania dzielnicy w tej sprawie ograniczały się do czynności wynikających z decyzji administracyjnej o ustanowieniu prawa użytkowania wieczystego nieruchomości - mówił burmistrz Pragi Południe. Dodał, że do urzędu jego dzielnicy - według jego wiedzy - "nie wpłynęło żadne zawiadomienie, żaden dokument, w którym wskazywano by na nieprawidłowości w procesie reprywatyzacji". - Nie mieliśmy wpływu, nie mieliśmy kompetencji - mówił.

Jak zaznaczył, w styczniu zeszłego roku dowiedział się, iż w sprawie jest prowadzone postępowanie prokuratorskie. - Dopytywałem naczelnika wydziału gospodarowania nieruchomościami, czy jakąkolwiek wiedzę w tym zakresie mamy. Uzyskałem odpowiedź, że nie mamy żadnej wiedzy na ten temat - zeznał.

- Nie posiadałem i nie posiadam żadnej wiedzy w zakresie nieprawidłowości w toku postępowania toczącego się w sprawie Skaryszewskiej 11 - mówił Kucharski.

Pytany, czy sygnalizował władzom stolicy jakieś problemy związane z kwestiami reprywatyzacji i czy - jako członek PO - kierował uwagi do prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz lub władz swej partii odpowiedział: "Tak, oczywiście". - Rozmawiałem z posłami warszawskimi: Marcinem Kierwińskim i Andrzejem Halickim. Rozmawialiśmy od paru ładnych lat, w wyniku tego została uchwalona tzw. mała ustawa reprywatyzacyjna, która przede wszystkim chroni budynki użyteczności publicznej - zaznaczył.

- To, w jaki sposób Warszawa próbowała sobie radzić z tym problemem, to jedno. A brak ustawy reprywatyzacyjnej, mimo 23 projektów, powodował to, że dochodziło do takich patologicznych sytuacji - ocenił Kucharski.