Pieniądze, 50 tys. w gotówce, przeznaczone były dla ks. Sawicza, członka Rady Fundacji Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. Jego rola była wówczas strategiczna – podkreśla Gazeta Wyborcza.

Gazeta przekonuje, że zna nieoficjalne nowe szczegóły zeznań austriackiego przedsiębiorcy, który przez ponad rok pracował przy projekcie 190-metrowych bliźniaczych wież.

Co ważne, bez zgody całej Rady Fundacji spółka Srebrna, na której gruncie miały stanąć wieżowce, inwestycja nie mogłaby dojść do skutku. Koperta miała więc skłonić księdza, by złożył podpis pod uchwałą rady pozwalającą na rozpoczęcie inwestycji.

Po raz pierwszy Birgfellner o kopercie wspomniał zeznając 11 lutego. Miesiąc później w prokuraturze doprecyzował: "(Kaczyński) powiedział mi, że by zdobyć podpis, musimy księdzu coś zapłacić. Ja się zapytałem, ile musimy mu zapłacić? On (Kaczyński) powiedział: 100 tys. zł. Mnie się wydawało, że my zapłacimy wtedy, kiedy będziemy mieć kredyt, ale on (Kaczyński) powiedział: »nie, ksiądz przyjdzie i potrzebuje pieniędzy«, ja powiedziałem, że nie mogę tak szybko zdobyć 100 tys. zł, mogę tak na szybko z moich prywatnych pieniędzy zdobyć 50 tys. zł”.

"W lutym przedsiębiorca zeznał, że po tej rozmowie dostał telefon z centrali PiS na Nowogrodzkiej, „że powinienem wypłacić 50 tys. zł z banku z mojego prywatnego konta i zawieźć je na Nowogrodzką”. (...) Twierdzi, że dokładnie tak zrobił. Prokuraturze dostarczył wydruk potwierdzający wypłatę gotówki" - pisze gazeta.

13 marca Birgfellner zeznał: „Musiałem nawet pojechać do drugiego banku, ponieważ w tym oddziale banku nie mieli tyle pieniędzy (…), to był bank Pekao SA przy Grzybowskiej. To można sprawdzić”. Potem udał się do centrali partii.

„Nie chcę się tutaj pomylić, przekazałem kopertę, pan Kaczyński z kopertą wszedł do swojego pokoju, gdzie pan Sawicz już siedział. Gdzieś ok. 20 minut później pan Sawicz wyszedł, jeszcze wydaje mi się, siedział koło pani Basi, podaliśmy sobie dłonie i ponownie weszliśmy z panem Kaczyńskim do pokoju. Wtedy poinformowano mnie, że podpis został złożony, i wydaje mi się, że wtedy mi tę uchwałę przekazał” - cytuje gazeta kolejny fragment zeznań.

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek po pierwszych publikacjach prasowych dementowała te informacje. – Ksiądz Sawicz podpisał uchwałę rady, nie stawiając jakichkolwiek warunków, tym bardziej finansowych - podkreślała.

Z ustaleń gazety wynika, że w lutym 2018 r. Sawicz nie był już księdzem, stan duchowny porzucił rok wcześniej. Został urzędnikiem w gdańskim ratuszu. Kiedy wybuchła sprawa koperty, zwolnił się z pracy i zniknął.

W sprawie, o której poinformował Gerald Birgfellner prokuratura na razie nie podjęła decyzji. Zarówno jeśli chodzi o wszczęcie lub odmowę wszczęcia śledztwa. W styczniu austriacki biznesmen złożył zawiadomienie, że Jarosław Kaczyński mógł dopuścić się oszustwa. Wskazał prezesa PiS jako głównego decydującego o losach inwestycji Srebrnej. Część biznesowych negocjacji nagrał.

"Rzekomo milionowe koszty"

Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie prok. Łukasz Łapczyński uznał, że "zeznania złożone dotychczas przez austriackiego biznesmena Geralda Birgfellnera są nieścisłe, ogólne i niepełne. Budzą wątpliwości i dlatego wymagają szczegółowej weryfikacji i analizy pod względem ich wiarygodności".

Łapczyński dodał, że austriacki biznesmen "najczęściej zasłania się niepamięcią i udziela zdawkowych informacji". Prokuratura przyznaje, że Birgfellner o "rzekomym przekazaniu koperty z pieniędzmi wspomniał na drugim przesłuchaniu" czyli 13 lutego, jednak "na szczegółowe pytania prokuratora, nie potrafił udzielić informacji". Kolejne informacje na temat przekazania 50 tysięcy złotych Austriak miał podać podczas przesłuchania 13 marca.

- Ani za pierwszym, ani za drugim razem nie wyjaśnił, komu miałby przekazać pieniądze, ani kto miał być tego świadkiem – powiedział prok. Łapczyński.

Według prokuratury utrudnieniem w prowadzeniu postępowania jest fakt, że "zawiadamiający o podejrzeniu przestępstwa oszustwa biznesmen mimo żądania prokuratury nie złożył jak dotąd dokumentów potwierdzających rzekomo kilkumilionowe koszty, jakie miał ponieść w związku z planowaną inwestycją".

Łukasz Łapczyński przekonuje, że prokuratura nie dysponuje dokumentami poświadczającymi, że Birgfellner poniósł "jakiekolwiek koszty i został narażony na straty". Austriak nie dostarczył także oryginałów tzw. "taśm Kaczyńskiego". - Biznesmen zeznał, że nie wie, jakim urządzeniem zostały zarejestrowane i gdzie się znajdują – powiedział prokurator. Birgfellner i jego pełnomocnicy mieli natomiast dostarczyć prokuraturze około 1,5 tysiąca stron innych dokumentów w języku angielskim i niemieckim. - Wymagają one przetłumaczenia przez tłumaczy przysięgłych, a następnie wnikliwej analizy pod kątem ich przydatności dla prowadzonego postępowania – tłumaczy prok. Łapczyński.

Kolejny termin przesłuchania Geralda Birgfellnera został wyznaczony na początek kwietnia.