Nie zmienia to jednak faktu, że prawie 10 lat po tragedii w Smoleńsku państwo polskie na poważnie zauważa, że przed 10 kwietnia 2010 r. coś poszło nie tak. Wcześniej mieliśmy tzw. komisję Millera, która w swoim raporcie była krytyczna co do organizacji lotu, ale de facto nie wiązały się z tym żadne konsekwencje dla żadnego z urzędników. Niedługo później Arabski, jakby nic się nie stało, został ambasadorem RP w Hiszpanii. Warto w tym kontekście przypomnieć, że przed tą komisją Arabski wprost przyznał, że zanim wydarzyła się katastrofa w Smoleńsku nie czytał instrukcji HEAD, która jasno określała zasady według jakich powinny być organizowane loty najważniejszych osób w państwie. Tak więc będąc funkcjonariuszem publicznym, radykalnie zaniedbał swoje obowiązki, a mimo to mógł dalej to państwo reprezentować. I to w całkiem przyjemnym miejscu, jakim jest stolica Hiszpanii Madryt.

Mieliśmy też tzw. podkomisję smoleńską Antoniego Macierewicza. Ale parówkowe eksperymenty i postacie jak Wacław Berczyński bardzo skutecznie doprowadziły do tego, że nawet jeśli miała coś ciekawego do powiedzenia, nikt jej kolejnych wywodów nie traktował poważnie.

Dzisiejszy wyrok sądu może nieco zmienić logikę działania urzędników. Choć w Polsce jak najbardziej zdarza się, że są oni skazywani za niedopełnienie obowiązków, to jednak w III RP bardzo rzadko winnych wskazuje się na tak wysokich szczeblach politycznych. Można to potraktować jako pewien sygnał, że państwu dziadowskiemu chcemy powiedzieć nie. I choć dzieje się to zbyt późno, i po zbyt wielu latach instrumentalnego wykorzystywania tragedii w Smoleńsku do celów politycznych, to jednak warto spojrzeć na ten wyrok jak na jaskółkę tego, że państwo zacznie działać nieco sprawniej.

Z perspektywy czasu wydaje się oczywistym, że głównym problemem, który doprowadził do tragedii było nieprzestrzeganie procedur. Na różnych szczeblach – Arabski był tylko jednym z wielu, można odtworzyć cały łańcuch popełnionych przez urzędników i wojskowych błędów. W tym kontekście niepokoi to, że jeszcze dwa lata temu, na łamach DGP opisywaliśmy rządowy lot, którego przygotowanie pozostawiło naprawdę wiele do życzenia. Procedurami urzędnicy się nie przejmowali zupełnie, dopiero opór kapitana lotu sprowadził ich na ziemię.

Przy tym wyroku można mieć niedosyt. Że wyroki w zawieszeniu, że tylko dwoje skazanych, itd. Ale ja patrzę na to, jako drobne przesunięcie nas w stronę kultury, gdzie liczy się przestrzeganie procedur. Gdzie urzędnik też jest za coś odpowiedzialny i powinien czytać dokumenty, które podpisuje. Gdzie powiedzenie „nie” przełożonym łamiącym procedury jest czymś normalnym. Gdzie wierzymy w pewien system, a nie to, że "Staszek" to dobry chłopak i się sprawdzi na danym stanowisku. Przed nami daleka droga, ale ten wyrok możemy potraktować jako kolejny mały kroczek w dojściu do sprawnego państwa.