Według ostatnich sondaży 45 proc. Polaków deklaruje, że w nadchodzących wyborach zagłosuje na partię, która zyskała opinię nacjonalistycznej, populistycznej, homofobicznej, nierespektującej rządów prawa. Co to panu mówi o stanie demokracji w Polsce?

Nie podoba mi się wiele rozwiązań, które wdraża polski rząd. Niepokoją mnie jego ksenofobiczne i homofobiczne inklinacje. Ale ważne jest to, aby odróżnić sprzeciw PiS wobec liberalnych wartości od ataków na reguły oraz instytucje demokratyczne. W liberalnej demokracji rząd ma prawo stwierdzić np., że nie chce przyjmować imigrantów. Nie do zaakceptowania jest natomiast gorsze traktowanie ludzi o innym kolorze skóry, którzy u nas mieszkają. Bez względu na to, jaki stosunek ma przeciętny Polak do kwestii polityki imigracyjnej czy praw osób LGBTQ, każdemu powinno zależeć na ochronie podstawowych zasad systemu politycznego. Myślę, że mamy większe szanse obronić liberalną demokrację, jeśli starannie wskażemy elementy, które chcemy zachować. A przecież nawet najbardziej konserwatywnej i religijnej osobie powinno zależeć na tym, aby obywatele mogli pozbywać się rządzących, do których stracili zaufanie. Możemy różnić się co do oceny działań PiS – w demokracji takie spory są uzasadnione. Nieuzasadnione jest natomiast przejmowanie przez rządzących kontroli nad kolejnymi niezależnymi instytucjami, przez co zmiana władzy staje się prawie niemożliwa.

A uważa pan, że tak się właśnie u nas dzieje?

Jako politolog, który analizuje politykę z perspektywy komparatystycznej, porównawczej, uważam, że rozwój wydarzeń w czasie pierwszej kadencji PiS niewiele różnił się od tego, co się działo na Węgrzech Viktora Orbána w latach 2010–2014. Chociaż polska demokracja nie jest jeszcze tak zniszczona jak węgierska, to obawiam się, że jeśli partia Jarosława Kaczyńskiego dostanie kolejne cztery lata na skonsolidowanie władzy, to Polska również stanie się półdyktaturą.

Nie przesadza pan w tej ocenie?

Proces erozji demokracji jest powolny. To śmierć od tysiąca cięć. Ponieważ pierwsze działania są skomplikowane, często mają biurokratyczno-legislacyjny charakter – jak np. skrócenie wieku emerytalnego sędziów Sądu Najwyższego czy obsadzenie komisji wyborczych lojalnymi oficjelami – trudno uzmysłowić sobie, co się dzieje. Kiedy represje zaczynają dotykać zwykłych obywateli, a w końcu do tego dochodzi, populiści zwykle mają już pełną kontrolę nad państwem.

To jak pana zdaniem będzie wyglądała kolejna kadencja rządów PiS?

Myślę, że będą kontynuowali tzw. reformy, choć powoli zaczną one negatywnie wpływać na życie wszystkich, nie tylko elit. Jeśli nastąpi jakiś wewnętrzy kryzys czy zewnętrzny szok, który spowoduje, że rząd straci na popularności – jak np. krach finansowy – wówczas stanie on przed wyborem: oddanie części władzy lub dokręcenie śruby, aby się przy niej utrzymać. Zazwyczaj populiści wybierają tę drugą opcję. A wtedy ludzie, którzy narzekają na dziennikarzy lamentujących nad rozkładem demokracji, mogą powiedzieć: „O cholera, teraz widzę, o co im chodziło”. Jeśli jestem nauczycielem, zaczynam dostrzegać, że podczas lekcji nie mogę mówić wszystkiego, co do tej pory. Jeśli jestem taksówkarzem, to okazuje się, że aby utrzymać licencję, muszę dać odpowiedniemu urzędnikowi łapówkę.