W Ministerstwie Zdrowia coraz większy ruch. Wczoraj przez kilka godzin w resorcie trwały narady kierownictwa. W najbliższy czwartek Kopacz spotka się z przedstawicielami Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. "Nie jesteśmy kretynami, którym można wcisnąć kit" - opisuje nastroje w środowisku Zdzisław Szramik, wiceszef związku lekarzy.

Problem jest poważny. Nowe przepisy zakładają, że lekarze- zgodnie z dyrektywą unijną - mogą pracować 48 godz. tygodniowo. Może to doprowadzić do paraliżu w ochronie zdrowia. Teraz w szpitalach jakoś udaje się obsadzać dyżury, ale tylko dzięki temu, że specjaliści pracują po 90 godz. tygodniowo.

Jak to będzie wyglądało po wprowadzeniu nowej ustawy? Lekarze będą mogli indywidualnie wyrazić zgodę na pracę nawet do 78 godz. Ale uzależniają to od znacznych podwyżek. OZZL żąda trzykrotnego wzrostu płac. Grozi strajkami i pozwami do sądów.

Kopacz chciała opóźnić wejście w życie ustawy o rok, a najmniej o pół. Mówiła, że by to osiągnąć jest skłonna "pójść do piekła". I była za to ostro krytykowana. Za ustawą o czasie pracy głosowało PiS i PO, w tym Ewa Kopacz i Donald Tusk.

Jeśli informacja o tym, że minister zrezygnowała z odraczania wejścia w życie unijnej dyrektywy się potwierdzi, może to oznaczać pozytywny przełom i oddalenie wizji paraliżu szpitali. Marek Balicki, były minister zdrowia, obecnie poseł LiD, jest przekonany, że Kopacz musi znaleźć inne rozwiązanie niż odroczenie nowego prawa. "Jak już się uchwali prawo, które jest zgodne z dyrektywami Unii, to nie można się z niego tak łatwo wycofać. To byłby skandal" - mówi.

Teraz Kopacz planuje znowelizować ustawę. I doprecyzować zapisy o tygodniowym czasie pracy. Szczegóły planu trzymane są w tajemnicy. W czwartek Kopacz przedstawi propozycję lekarzom. Do tego czasu ma być ona tajna, bo obie strony już przed tygodniem obiecały sobie, że nie będą rozmawiać za pośrednictwem mediów.

Balicki twierdzi, że skorygować można tylko niektóre zapisy w ustawie. Na przykład to, ile może trwać jeden dyżur lekarski. "Ale nie da się zabrać lekarzom limitu 48 godz. tygodniowo. Takie mają prawo" - podkreśla Balicki.

Pewne jest jedno: na spotkaniu z Kopacz lekarze przedstawią niezmienione żądania. "Myślę, że przy pensjach w wysokości trzech średnich krajowych nie będzie problemu z obsadzaniem dyżurów. Choć pewności nie ma. Znam takich lekarzy, którzy oświadczyli, że nie będą brali dyżurów ponad limit za żadne pieniądze" - mówi Szramik.

Po stronie lekarzy opowiada się PiS, który jeszcze pół roku temu - w trakcie strajków - ignorował te same żądania lekarzy. "Pilne wygospodarowanie dodatkowych pieniędzy na opłacenie nadliczbowych dyżurów to obowiązek rządu" - mówi Jolanta Szczypińska. Po czym uderza w dramatyczne tony. "Obawiam się, żeby kolejne pomysły resortu nie naraziły zdrowia pacjentów. Słyszałam o pomysłach, żeby lekarze na dyżurach nie byli obecni w szpitalu, tylko czekali pod telefonem. Mam nadzieję, że to tylko spekulacje" - zaznacza.

Elżbieta Radziszewska z PO kwituje te słowa krótko. "Pani poseł mogła się nad tym zastanawiać, kiedy razem z całym PiS przyjmowała ustawę o czasie pracy lekarzy. Co rząd PiS i minister Religa zrobili przez pół roku, by ta ustawa mogła wejść w życie? Platforma jest przy władzy od kilku tygodni" - mówi posłanka PO.