Michał Karnowski: Czytał pan najnowszy wywiad z premierem Donaldem Tuskiem w "Newsweeku"?

Andrzej Urbański: Tak, leży tutaj obok mnie egzemplarz.

Zacytuję fragment. Dziennikarze pytają szefa rządu: "Prezes Andrzej Urbański powinien odejść z TVP?" Odpowiedź: "Tak, natychmiast". Odejdzie pan?

Proszę, by któryś z dziennikarzy dopytał pana premiera, czy którykolwiek z poważnych europejskich polityków, kanclerz Merkel, premier Brown czy prezydent Sarkozy, śmiałby wobec mediów publicznych w swoim kraju coś takiego powiedzieć. A chcę zauważyć, że już dwa dni po wyborach politycy PO, na przykład pan Jacek Rostowski, mówili, że głównym celem PO jest odzyskanie mediów publicznych. I to ma być główny element tej wielkiej zmiany według PO - przejęcie kontroli nad obiegiem informacji w Polsce? Dzisiaj Donald Tusk dołącza do chóru Katarasińskiej, Niesiołowskiego i innych. To jest skandal! To nie jest standard demokratyczny.

Z drugiej strony w innym ważnym tygodniku, "Wprost", były premier Jarosław Kaczyński stwierdza: "Andrzej Urbański ma pełne prawo do wszelkich rozmów, które pozwolą mu się utrzymać w fotelu prezesa TVP".

Ten wywiad też znam.

I ta wypowiedź pana nie dziwi? Nie przeszkadza?

Nie dziwi i nie przeszkadza. Bo to jest odpowiedź na pytanie, czy będę rozmawiał ze wszystkimi, by bronić mediów publicznych przed próbą ich osłabienia, zlikwidowania, marginalizacji, czyli planu, który zapowiadają ważni politycy PO. Dzisiaj niestety pan premier wspiera swoim autorytetem kompletnie katastrofalną dla mediów publicznych koncepcję likwidacji abonamentu. A przecież z tym pomysłem polemizuje nawet świadom zagrożeń, jakie za sobą niesie, minister kultury w jego rządzie. Ludzie znający temat zdają sobie sprawę, iż doprowadzi to do takiej sytuacji jak na Ukrainie, gdzie całe media są w rękach oligarchów. Ale pomijam już to, co dzieje się w obozie władzy. Powiedziałem już w czasie spotkania z sejmową komisją kultury, że dla mnie głównym celem są media publiczne, które walczą o utrzymanie silnej pozycji na rynku, nie odwracają się do niego plecami. Które zachowują spokój wobec spraw politycznych. To jest ideał, za który mogę zginąć. Byle media przeżyły.

Ale będzie pan - jak rozumiem - walczył? Wszystko w TVP gra? Kampania wyborcza była udana?

Odpowiem w ten sposób: w ostatniej kampanii wyborczej media poszły na polityczną wojnę, dziennikarze czołowych gazet wygłaszali płomienne mowy i manifesty polityczne, wzywali do głosowania za jednymi a przeciw drugim. Jedynym medium, w którym to dziennikarze i redaktorzy nie składali na antenie ideowych i politycznych deklaracji - oprócz Polskiego Radia - była Telewizja Polska. Jestem rzeczywiście gotów zrobić dużo, by bronić tej niezależności, jestem gotów podpisywać różne porozumienia w tym szczytnym celu.

Tak też można interpretować wejście Tomasza Lisa do TVP? To dziennikarz, który do tej pory mówił tylko źle o kierowanej przez pana firmie.

Odpowiem w ten sposób - jedną z pierwszych moich decyzji była próba pozyskania Moniki Olejnik, co się nie udało i czego żałuję do tej pory. Podobnie próba ściągnięcia do TVP Sławomira Sierakowskiego została niestety zaatakowana przez część środowiska dziennikarskiego.

Prasa kolorowa podaje, że ma pan silne argumenty finansowe: 100 tysięcy złotych miesięcznie dla Tomasza Lisa. To prawda?

To plotka wymyślona prawdopodobnie przez zawiedzioną konkurencję. To są sumy dużo mniejsze, nieodbiegające od normalnych stawek gwiazd w TVP.

A jak w ogóle doszło do porozumienia z Lisem? Kto pierwszy zadzwonił?

Było tak - próbowałem pozyskać panią Hannę Lis do "Panoramy". I ona na koniec naszej rozmowy zaskoczyła mnie pytaniem, czy bym nie porozmawiał z jej mężem. Z radością się zgodziłem i zaprosiłem pana Tomasza Lisa na rozmowę. To było ponad dwa miesiące temu. Zawsze mówiłem, iż to jeden z najlepszych polskich publicystów telewizyjnych. Podejrzewałem, że jedyne, co by go mogło interesować w TVP, to prezesura - Tomasz Lis był wtedy członkiem zarządu Polsatu. Jednak będzie teraz w TVP - to cieszy nie tylko mnie, ale i naszych widzów.

Jaki to będzie program? Podobny do "Co z tą Polską"?

Prosiłem tylko o jedno - by był to najlepszy program publicystyczny w polskich mediach elektronicznych i by mówił o sprawach ważnych dla milionów ludzi. Reszta jest jego zadaniem, żadnych innych warunków nie stawiałem.

Może skomentuje pan chociaż komplementy ze strony Tomasza Lisa, stwierdzenia, że chce pan "jak najlepszej TVP"?

Panie redaktorze! Od początku mojej prezesury zapraszam do współpracy Lisa, Sierakowskiego, Monikę Olejnik, Bronisława Wildsteina, Grzegorza Górnego. Z częścią się już dogadałem, inne rozmowy trwają. Pana też zapraszam!

Wildstein ma być przeciwwagą dla Lisa?

Ależ skąd! Żeby była jasność - były dwa programy przygotowywane z udziałem Bronisława Wildsteina. Jeden jego własny, a drugi z udziałem Instytutu Pamięci Narodowej. I od dawna było jasne, że mowa jest o zimowej ramówce.

Z pana poprzednikiem też pan odbył taką rozmowę jak z Lisem?

Nie, z Bronisławem Wildsteinem nie rozmawiałem, spotkałem się w sprawie programu z prezesem IPN Januszem Kurtyką. Bo program Wildsteina będzie przygotowywany przy współpracy z Instytutem.

Oferta dla Moniki Olejnik jest nadal aktualna?

Oczywiście, że tak. Bo to jest oferta dla wszystkich dziennikarzy, którzy nie mylą roli publicysty, komentatora, analityka z rolą oficera na froncie ideologicznym. Niestety osoby, o których w tej rozmowie mówię, w tym Lis i Wildstein, należą do rzadkości na medialnym rynku.

Do tych transferów należy dorzucić byłego polityka LPR Radosława Pardę, który został pełnomocnikiem zarządu TVP do spraw EURO 2012. Można odnieść wrażenie, że stara się pan budować szeroki front obrony. Dla każdego coś miłego.

Bardzo proszę, by pan był ścisły. Pan Parda pracuje już w TVP od pewnego czasu. Przypominam również, że już kilka miesięcy temu podpisałem w imieniu telewizji z Polskim Radiem, Telekomunikacją Polską i PZPN porozumienie w sprawie organizacji EURO 2012. Kilkakrotnie ponaglano mnie, bym wydelegował pełnomocnika do zajmowania się tymi, tak ważnymi, sprawami. Jak tylko się dowiedziałem, że mam u siebie byłego wiceministra sportu, który się tymi sprawami zajmował, to uznałem, że powinienem skorzystać z jego umiejętności.

Prowadzi pan jakieś konsultacje polityczne w sprawie przyszłości mediów publicznych? PO szykuje projekt zmian w ustawie medialnej.

Spotykam się z każdym, kto chce mnie wysłuchać. Kto chce zobaczyć twarde dane pokazujące, jak naprawdę zachowywała się kierowana przeze mnie instytucja w czasie kampanii wyborczej. Z każdym, kto chce dostrzec oficjalny dokument Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, z którego wyraźnie wynika, iż to nie PiS był na pierwszym miejscu pod względem uwagi poświęcanej poszczególnym partiom w czasie kampanii. Pierwsza była PO! Z każdym, kto chce pamiętać, że to myśmy zorganizowali najważniejsze, oglądane przez miliony Polaków debaty najważniejszych liderów politycznych. Bo choć zdarzały się karygodne wpadki - jak słynne przerwanie meczu - to byliśmy maksymalnie obiektywni.

Będą jakieś zmiany w sektorze informacji?

Będą. Wiem do czego pan zmierza. I od razu mówię - nie będą dotyczyły pani Doroty Maciei i pani Patrycji Koteckiej. W moim przekonaniu Dorota Macieja jest wybitną dziennikarką, która na moją osobistą prośbę zgodziła się wziąć najtrudniejszy kawałek chleba w Polsce - "Wiadomości", program informacyjny o największej oglądalności w kraju.

Patrycję Kotecką ocenia pan równie dobrze?

Pani Kotecka mi zaimponowała swoją odwagą pójścia do Agencji Informacji i próbą zmierzenia się tam nie z politykami, nie z polityką, ale ze stanem zawodu dziennikarskiego w Polsce.

Te relacje, które na temat jej pracy przytaczał DZIENNIK nie niepokoją pana?

To są nieprawdy. Przecież wszyscy doskonale wiedzą, że manipulacje w telewizji publicznej są w ogóle trudne do wyobrażenia - przecież by zrealizować materiał potrzeba trzech formularzy i pracy pięciu ludzi. A już pomijam to, jakie są opinie w środowisku dziennikarzy o panu Łukaszu Słapku, głównym oskarżycielu. Zresztą, jesteśmy - Telewizja Polska i wydawca DZIENNIK - w sporze sądowym w tej sprawie. Zostawmy więc to.

A jednak dopytam. Może zrobił pan pani Koteckiej krzywdę? Ja bym się nie podjął kierowania Agencją Informacji TVP mimo znacznie większego stażu w dziennikarstwie.

Jeśli nawet, to biorę to na siebie. Być może jestem winny temu, że uwierzyłem w jej entuzjazm.

Pani Kotecka zostaje?

Oczywiście, że zostaje.

To zacytuję jeszcze jeden fragment z wywiadu z premierem Tuskiem: "Uważam, że jakość mediów publicznych zdecydowanie się pogorszyła, a upolitycznienie zdecydowanie wzrosło". Mocne słowa.

Odpowiem tak - byłem dzień w dzień atakowany przez dwie gazety, "Gazetę Wyborczą" i "Nasz Dziennik". Jeżeli to jest na coś dowód, to na pewno nie na upolitycznienie Telewizji Polskiej. To wskazuje na coś przeciwnego, że nie zrobiłem tego, co było oczekiwaniem dwóch skrajnych opcji w tej politycznej wojnie toczącej się przez ostatnie kilkanaście miesięcy.

Może rozwiązaniem byłoby spotkanie z premierem Tuskiem?

Jestem do dyspozycji premiera w każdej chwili. Podobnie jak jestem gotowy spotkać się z każdym wysokim urzędnikiem państwa. Bo wiem, że telewizja publiczna ma szczególne obowiązki także wobec rządu i jego agend. Ale nie ma zgody na naciski polityczne i groźby.

A były jakieś naciski?

Były nieformalne sygnały brzmiące jak pogróżki, że jeżeli chcesz ocalić twarz, to powinieneś odejść

To był ktoś z Platformy?

Tak.

Dzwonił? Przyszedł?

I tak, i tak.

Kto to był?

Powiem to tylko sejmowej komisji śledczej, jeżeli oczywiście by mnie wezwała.

To byli poważni ludzie?

Sami bardzo poważni ludzie.

Co konkretnie mówili?

To, co powiedziałem, wystarczy.

A grożono panu wprowadzeniem zarządu komisarycznego do TVP?

Tak, w tych rozmowach pojawiały się i takie groźby.

Może to się nadaje dla prokuratury?

Nie wiem. Może.