Koniec pierwszego posiedzenia nowej komisji śledczej wyraźnie zaskoczył posłów PiS. "Siedź" - mówił Jacek Kurski do Arkadiusza Mularczyka, choć pozostali członkowie już wychodzili z sali.

Pierwsze głosowanie poszło jeszcze gładko. Szefem komisji został Andrzej Czuma z PO. Ale potem już było pod górkę. Najpierw komisja odrzuciła wniosek, by Czuma miał dwóch zastępców, a potem zdecydowała, że jego jedyną prawą ręką będzie Mieczysław Łuczak z PSL, a nie - jak chciał PiS - Arkadiusz Mularczyk.

Wcześniej Jacek Kurski ostrzegał, że jeśli tak się stanie, będzie to "jawny gwałt na demokracji".

Mularczyk chciał jeszcze, by komisja zażądała od prokuratury akt sprawy dotyczącej Jana Widackiego. Długo odczytywał sygnatury dokumentów i numery paragrafów.

Świeżo powołany przewodniczący wysłuchał cierpliwie wniosku posła PiS, po czym stwierdził, że traktuje go jako zapowiedź jego złożenia. Poprosił posła Widackiego, by nie reagował i nagle skończył posiedzenie. Zaskoczeni posłowie PiS próbowali jeszcze prostestować, ale reszta posłów zaczęła wychodzić z sali.

Potem, już na konferencji prasowej, poseł Kurski podkreślał, że to pierwsza komisja po 1989 roku, w której prezydium nie ma przedstawiciela opozycji. A PO zarzucał, że ustanowiła właśnie "nowe standardy demokracji", co nazwał skandalem.