RAFAŁ WOŚ: Eksperci Europolu dowodzą, że po świecie krąży około 1,5 bln dolarów i ponad 1,1 bln euro brudnych pieniędzy. Międzynarodowy Fundusz Walutowy do spółki z Bankiem Światowym oceniają, że pieniądze pochodzące z przestępstw to 3 - 5 proc. światowego PKB. Czy to trafne szacunki?

Reklama

EDWIN TRUMAN*: Nikt tego nie wie. Na próbie oszacowania skali zjawiska w samych tylko Stanach Zjednoczonych zęby połamała sobie na przykład specjalna grupa zadaniowa funkcjonująca przy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (tzw. FATF). Pracowała nad tym zadaniem przez cztery lata i niewiele zdołała zdziałać. Ale szczerze mówiąc, nie uważam, by miało to jakiekolwiek znaczenie. Jeśli chodzi o pranie brudnych pieniędzy, masa krytyczna została już dawno przekroczona. Sumy, którymi operuje się w różnych raportach, mają jedną cechę wspólną: za każdym razem są na tyle powalające, że spełniają swój podstawowy cel. Czyli po prostu uzmysławiają politykom i opinii publicznej rozmiary dramatu i zmuszają do przeciwdziałania.

Na czym właściwie polega pranie brudnych pieniędzy?

To legalizacja zysków pochodzących z nielegalnego źródła. Oczywiście zjawisko istniało zawsze, ale wyjątkowy wysyp technik stosowanych częściowo do dziś pochodzi z początków XX wieku. Gangsterzy dorabiający się wówczas na przykład na handlu alkoholem zakazanym z powodu ustaw prohibicyjnych musieli na bieżąco wprowadzać do obiegu ogromne sumy. Dziś ten sam problem mają handlarze narkotyków. Nieco łatwiej autorom jednorazowych rozbojów czy białym kołnierzykom dopuszczającym się przestępstw finansowych. Ale generalnie trudno założyć dobrą pralnię.

Dlaczego?

Przestępcy są w paradoksalnej sytuacji. Często samo zdobycie pieniędzy jest dla nich dużo łatwiejsze od puszczenia ich w obieg. Nie mogą przecież tak po prostu wydać zysku, bez wzbudzania podejrzeń służb podatkowych. Ich przetrzymywanie też nie jest rozsądne, bo policja może z łatwością zarekwirować gotówkę. Zwykle gangsterzy obracający wielkimi nielegalnymi sumami są pod ścisłą obserwacją. Z zainwestowanymi pieniędzmi jest już trudniej. Zwykle bowiem sądy muszą ponad wszelką wątpliwość dowieść powiązania pomiędzy domami, samochodami i posiadłościami a nielegalną działalnością. Tu kluczową rolą odgrywa umiejętne zatarcie śladów, a więc właśnie wypranie.

Sam termin ukuł ponoć król chicagowskich gangsterów Al Capone, który w latach 20. inwestował swoje nielegalnie zarobione pieniądze w sieć pralni. Co zmieniło się od tamtej pory?

Czytaj dalej >>>



Decydującą różnicą jest postęp technologiczny. Z jednej strony mocno rozszerza on możliwości gangsterów. Łatwiejszy jest zwłaszcza transport pieniędzy. Nie trzeba już przewozić banknotów w bagażniku. Jeśli znajdzie się miejsce czy kraj, w którym można je bezpiecznie wlać w system bankowy, jest już bardzo dobrze. Z drugiej jednak strony organy ścigania też dysponują większymi możliwościami niż chicagowska policja przed II wojną światową. Mogą łatwiej śledzić poczynania gangsterów i wędrówkę ich fortun. Od lat 70. walkę z praniem brudnych pieniędzy zintensyfikowało wiele krajów. W latach 80. nawiązano współpracę międzynarodową: zwłaszcza w ramach zachodniego świata. Dużą rolę odegrał strach przed terroryzmem. Katalizatorem był zamach na samolot linii Pan Am, który w 1988 r. eksplodował nad szkockim Lockerbie. Kulminacja tego procesu nastąpiła po 11 września 2001 r. Władze uznały, że trzeba odciąć organizacje terrorystyczne od nielegalnych źródeł finansowania. Rykoszetem uderzyło to także w największe pralnie.

Jak najczęściej odbywa się takie pranie?

Metod jest mnóstwo. Najprostszy, ale uciążliwy i powoli odchodzący sposób to oczywiście szmugiel żywej gotówki za granicę poza jurysdykcję lokalnych władz podatkowych. Historycznie ilości szmuglowanej gotówki wzrastały zawsze wtedy, gdy banki pod wpływem władz udoskonalały swoje metody walki z wprowadzaniem nielegalnej gotówki do obiegu. Gangsterzy najczęściej ukrywali pieniądze w lotniczych czy morskich przesyłkach towarowych. Nierzadko kupowali w tym celu całe firmy spedycyjne, żeby wykluczyć pośredników i zminimalizować ryzyko wsypy. Do dziś jednak zdarza się na przykład banalne wysyłanie nielegalnych pieniędzy... pocztą. Za tym kryje się nawet pewna logika. Na przykład amerykańskie służby celne i imigracyjne większość swojej energii poświęcają przecież na kontrolowanie tego, kto lub co wjeżdża do kraju. A to, co kraj opuszcza, jest już drugorzędną sprawą.

Za idealne pralnie zawsze uchodziły kasyna.

To dawniej był ulubiony patent przestępców. Kupujesz żetony za gotówkę, a po jakimś czasie wymieniasz je z powrotem. Najczęściej posługując się figurantami. Podobnie wyścigi konne czy loterie. W tych ostatnich przypadkach gracze celowo stawiają na mało pewne zakłady, wliczając kilkuprocentową stratę, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń. W sumie i tak im się opłaca, bo wprowadzili nielegalne pieniądze do obiegu. Bardzo wygodnym narzędziem są też polisy ubezpieczeniowe. Wpłacasz jednorazowo dużą sumę, a następnie zrywasz polisę i otrzymujesz zwrot gotówki pomniejszony o umowne kary. Ta droga ma pewną zaletę: towarzystwa ubezpieczeniowe sprzedają polisy przez pośredników, więc praktycznie nie ma kontaktu z klientem. Ale są i bardziej wyrafinowane metody. Lepiej przystosowane do puszczania w obieg większych sum.

Jakie?

Reklama

Czytaj dalej >>>



Na przykład tzw. smerfing, czyli zakładanie depozytów na małe sumy. W USA zgłoszeniu podlegają sumy przekraczające 10 tys. dol. Mniejszy wkład jest trudny do wykrycia. Potem te sumy przenosi się z konta na konto, aż wreszcie nawet najbardziej wytrwały śledczy traci trop. Jeszcze skuteczniejsze jest pranie pieniędzy poprzez prowadzony przez zaufaną osobę legalny biznes. Najlepiej taki, gdzie przepływa codziennie dużo gotówki. Na przykład restauracja. Gangster i wspólnik rejestrują fałszywe transakcje, które nigdy się nie odbyły. Kosztem wyprania jest tu tylko podatek. Do legalizacji dużych sum świetnie nadają się też faktycznie nieistniejące firmy wydmuszki. Kupujesz nieruchomość poprzez swoją firmę wydmuszkę, która z kolei sprzedaje ją już za prawdziwe pieniądze niewinnej osobie. To ulubiony sposób legalizowania dochodów na Wyspach Brytyjskich, gdzie według szacunków tak wygląda co trzeci przypadek prania. Chodzi o to, by przepuścić pieniądz przez jak największą liczbę rąk.

Czy pierze się też na rynkach finansowych jak Wall Street czy londyńskie City?

Oczywiście. Akcje są do tego bardzo wygodnym narzędziem. Uczciwi brokerzy rzecz jasna nie przyjmują gotówki z niepewnego źródła. Ale zawsze można mieć w całym tym interesie swojego insidera. Akcje mają tę zaletę, że są uznawane na całym świecie, nikt nie zadaje zbędnych pytań. Zwłaszcza w Europie, gdzie istnieją na przykład akcje na okaziciela. Bez wspólników jest oczywiście ciężko. I oni o tym wiedzą. Do ich kieszeni trafia nawet 15 proc. pranych sum. Jeden z brokerów, który pracował dla kolumbijskich handlarzy narkotyków, podczas policyjnych przesłuchań przyznał na przykład, że potrafił zarobić w ciągu dwóch miesięcy, bo tyle trwa proces wyprania kilkumilionowej sumy, nawet ok. 700 tys. dol.

Jaka była najbardziej ekstrawagancka pralnia, z jaką pan się zetknął?

Jedną z najbardziej oryginalnych metod było na przykład pozyskanie przez kontrowersyjnego brytyjskiego biznesmena czeskiego pochodzenia Roberta Maxwella tabloidu New York Daily News. Pomysłowy Czech wyprał w ten sposób 240 mln dol. w ciągu 9 miesięcy. Pieniądze miały pochodzić m.in. z nielegalnej sprzedaży broni do Iranu. W 1991 r. Maxwell utonął w tajemniczych okolicznościach.

Jak na tę pomysłowość przestępców odpowiadają władze?

W krajach bogatego Zachodu sieć jest zastawiona bardzo szeroko. Prócz normalnych organów ścigania do współpracy wciągnięto także banki. Początkowo uważały to za niedopuszczalne wtrącanie się w ich relacje z klientami, ale w końcu pogodziły się z rzeczywistością. Dziś banki są zobowiązane do sprawdzania swoich klientów, i to na kilku etapach. Najpierw przy zakładaniu konta: gdzie mieszka, co robi, skąd ma pieniądze. Po czym gdy wpłacający dysponuje większym kapitałem, składa raport władzom. Dodatkowo pracowników banku powinno zaniepokoić, jeżeli ktoś przekazuje dużą sumę np. do Kolumbii. Bank ma obowiązek zaraportować o takiej podejrzanej aktywności. Jeśli tego nie zrobi, a sprawa wyjdzie na jaw, nadzór finansowy może ukarać bank. W 2002 r. znaleziono w ten sposób dwa małe banki, Great Eastern Bank of Florida i Broadway National Bank z Nowego Jorku, które zostały założone przez handlarzy narkotyków w celu prania brudnych pieniędzy. Nawet zatrudnieni w bankach ochroniarze mieli ostrzegać przed podejrzanymi typami, którzy mogą być agentami policji. Banki wpadły, bo przysyłały podejrzane zdaniem władz raporty.

Czytaj dalej >>>



W takim razie lepiej nie zawracać sobie głowy krajowymi bankami i wyprowadzać pieniądze prosto za granicę?

Tak rozumował na przykład legendarny gangster z lat 30. Meyer Lansky, który po wprowadzeniu przez Szwajcarów tajemnicy bankowej kupił nawet w tej alpejskiej republice własny bank. Tamte czasy jednak dawno minęły. Przynajmniej od 30 lat dominującym trendem jest międzynarodowa walka z krajami, które ułatwiają przestępcom pranie nielegalnych dochodów. Od 1989 r. działa przy OECD grupa zadaniowa, powołana przez przywódców najbogatszych państw z grupy G7, która tworzyły listy takich czarnych dziur: Seszele, Birma, Wyspy Cooka czy Indonezja. Te odmawiające współpracy kraje są poddawane nieformalnym naciskom. Na przykład groźbom, że pieniądze przepływające przez nie będą skrupulatniej sprawdzane. W wielu przypadkach, jak Liechtensteinu, Ukrainy, nastąpiła znacząca poprawa sytuacji. W czasie obecnego kryzysu, zwłaszcza z inicjatywy Niemiec i Francji, przykręcono śrubę jeszcze mocniej.

Kto jest dziś bliżej zwycięstwa w globalnej wojnie z praniem brudnych pieniędzy: państwa czy gangsterzy?

Takie stawianie sprawy nie ma sensu. Walka ze zjawiskiem jest jak zwalczanie samej przestępczości: nigdy się nie skończy. Nie wiemy, jaki jest ostateczny cel, rozumiemy natomiast, dlaczego nie wolno przestać walczyć. Gdyby władze machnęły ręką na problem, zachwiałoby to posadami samego państwa. Organizacje przestępcze, które chcą zalegalizować swoje dochody, zaczęłyby przejmować całe banki i rozszerzać wpływy na cały system finansowy i przedsiębiorstwa. To miałoby z kolei fatalny wpływ na instytucje państwowe, a nawet rząd. To nie jest zmyślony scenariusz. Znamy go np. z Rosji lat 90. Walcząc z legalizacją dochodów, zwalczamy też same przestępstwa: handel narkotykami, terroryzm, korupcję, a nawet kleptokrację. Rodzina byłego prezydenta Nigerii Saniego Abachy wyprowadziła w latach 1996 - 2000 przez Londyn na prywatne konta 1,3 mld dol. Dzięki ustawom przeciwko praniu brudnych pieniędzy część tej kwoty został zwrócona nigeryjskiemu rządowi. Podobnie jest z pieniędzmi Mobutu Sese Seko czy Suharto, a więc najbardziej chciwymi kleptokratami wszech czasów. A przecież nikt nie zagwarantuje, że w kolejce nie czekają już nowi.

*Edwin Truman, amerykański ekonomista z Instytutu Petersona w Waszyngtonie, pracował w administracji Billa Clintona, a obecnie doradza prezydentowi Barackowi Obamie, autor wydanej w 2004 r. książki "Ściganie brudnych pieniędzy"; (razem z Peterem Reuterem)