Akcja trwała godzinę. Komandosi zajęli składy broni, zlikwidowali fabryczki kokainy, a więźniów pozamykali w celach. Bo zakład karny Pavon był istną jaskinią zła. Dziesięć lat temu więźniowie dogadali się ze strażnikami i przekupili dyrektora. Potem się zaczęło. Skazańcy produkowali narkotyki. Wychodzili na przepustki, kiedy chcieli. Mało tego, niektórzy wychodzili do pobliskiego miasta, by zbierać haracze. A kto chciał, mógł o każdej porze dnia i nocy zapukać do bram więzienia, by kupić kałacha czy pistolet. Szefom lokalnych gangów żyło się tak dobrze, że w celach mieli jacuzzi, telewizory i komputery.
Oczywiście nikt nie wiedział, co się dzieje za murami, a lokalna policja nie robiła nic. Za całą sprawę wzięli się więc gwatemalscy dziennikarze. Dokładnie opisali, jak wygląda życie w Pavon. I to przelało czarę. Władze kraju ostro wzięły się za więzienie i do zakładu wysłały komandosów.