Justin Stasney, z nieznanych powodów, zaczął strzelać we własnym domu i zmusił własną mamę do ucieczki. Kobieta wezwała policję. Funkcjonariusze spodziewali się szaleńca, więc na miejsce przybyli komandosi z oddziału SWAT. Przez cztery godziny próbowali się ze Stanseyem kontaktować. Dzwonili, wołali przez megafon. Wszystko jednak na marne.

Zdecydowali zatem o ostatecznym kroku: ataku. Komandosi wbiegli do domu przez drzwi, dach i okna. Ale tego, co zobaczyli, się nie spodziewali. Ich oczom ukazał się obraz rozanielonego mężczyzny, słodko drzemiącego na fotelu. Pokrzyczał, postrzelał i poszedł spać.