Dziennik Gazeta Prawana logo

Następca Blaira to wielki znak zapytania

13 października 2007, 15:54
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Jakiego premiera będzie miała od jutra Wielka Brytania? Nikt tego nie wie, bo następca Blaira swoje plany utrzymuje w ścisłej tajemnicy - mówi Neal Ascherson, brytyjski komentator.

Marek Garztecki: Jakim premierem będzie Gordon Brown?
Neal Ascherson
: Tak naprawdę chyba nikt nie wie, co zamierza robić Gordon Brown, bo swoje plany utrzymuje w ścisłej tajemnicy. Jesteśmy więc wszyscy zdani głównie na domysły. Myślę, że jedyną w miarę oczywistą sprawą jest to, że Brown jest zainteresowany jakąś formą reformy ustrojowej państwa. Prawdopodobnie będzie to coś w rodzaju deklaracji praw człowieka i obywatela, ale raczej nie jakaś zasadnicza zmiana o charakterze konstytucyjnym.

A czy można przewidzieć, jaki będzie skład jego gabinetu?
Jest bardzo prawdopodobne, że Gordon Brown będzie usiłował go odmłodzić, by nadać mu większego dynamizmu. Wiadomo, że w rządzie z pewnością znajdzie się jego najbliższy współpracownik z Ministerstwa Finansów Ed Balls, który zresztą prawdopodobnie zastąpi Browna na stanowisku ministra.

Brown zapowiedział już, że wyznaczy ministra odpowiedzialnego za budownictwo, bo brak mieszkań to jeden z najpilniejszych problemów Wielkiej Brytanii. Ale to w moim przekonaniu koniec zmian - bo przeciwko bardziej gruntownym przetasowaniom w gabinecie przemawia charakter samego Gordona Browna.

Przez ostatnie dziesięć lat stał przecież w cieniu i teraz bardzo trudno mu jest przeistoczyć się w polityka rozdającego karty. Do tej pory jedynym naprawdę zaskakującym posunięciem Browna była oferta udziału w rządzie złożona czołowym politykom Partii Liberalno-Demokratycznej i innym ludziom niezwiązanym z Partią Pracy. To był zupełnie nieoczekiwany krok, bo Brown uważany jest za człowieka mocno związanego z aparatem partyjnym.

A czy Brown wyraźnie odetnie się od swego poprzednika, Tony’ego Blaira?
Dotychczasowe zachowanie Browna wyraźnie pokazuje, że nie jest to człowiek, który lubi radykalne zmiany. Przecież jako minister finansów mógł zrobić bardzo wiele, na przykład zrezygnować z thatcherowskiej prywatyzacji brytyjskich kolei, czego wielu ludzi bardzo od niego oczekiwało. Na próżno. Gordon Brown zrezygnował również z działań na rzecz poszerzenia kompetencji regionalnego szkockiego parlamentu. To był krok niezbyt rozsądny z punktu widzenia popularności lokalnej Partii Pracy i dość zaskakujący jak na szkockiego polityka. Wiadomo natomiast, że nigdy nie pochwalał wojny irackiej i bliskich związków Tony’ego Blaira z amerykańskim prezydentem George’em Bushem. Ale tego również nigdy nie powiedział publicznie. Dlatego myślę, że o intencjach nowego premiera możemy jedynie domyślać się z mimiki jego twarzy, gdy omawiane są różne kwestie.

A co z polityką zagraniczną?
Z pewnością można go określić mianem zwolennika integracji transatlantyckiej, ale niemal na pewno jego stosunki z prezydentem George’em Bushem nie będą równie ciepłe i bliskie jak Tony’ego Blaira. Ale też rozczarują się zapewne ci, którzy oczekują, że Brown doprowadzi do zdecydowanego zdystansowania się od amerykańskiej administracji.

Jakie będą stosunki z Unią Europejską za rządów Browna?
Niesłychanie trudno stwierdzić, co tak naprawdę nowy premier myśli o Unii i rezultatach ostatniego szczytu. Wiadomo jedynie, że jest zdecydowanym przeciwnikiem wprowadzenia euro i dalszej integracji Wielkiej Brytanii z unijnymi strukturami. Ale z drugiej strony stosunek Browna do Unii Europejskiej jest bardzo pragmatyczny. Robi, co może, by nie dopuścić do przeprowadzenia ogólnokrajowego referendum w sprawie unijnej konstytucji.

Premier ma pełną świadomość, że gdyby doszło do takiego głosowania, to przy obecnym, zdecydowanie antyunijnym stanowisku większości brytyjskiej opinii publicznej z pewnością by przegrał. Można się domyślać, że jego stosunek do polskich propozycji na szczycie podporządkowany jest temu, aby nie dopuścić do uchwalenia jakiegokolwiek dokumentu wymagającego referendum.

Podobno Brown nie lubi politycznego teatru, źle się czuje w kontaktach z dziennikarzami i nie potrafi uśmiechać się do kamery.
Tak się o nim mówi, ale on bardzo stara się zmienić wizerunek. W ubiegłym tygodniu rozpoczął ofensywę medialną. Wychodzi do ludzi, ściska ręce, całuje dzieci, uśmiecha się szeroko do kamer, niemalże całuje dziennikarzy. Stara się też wyraźnie zdystansować od ostatnich wypowiedzi Tony’ego Blaira, frontalnie atakującego media i dziennikarzy za to, że jątrzą i zatruwają życie polityczne.

Ponieważ Gordon Brown znany jest z tego, że dość często ma kwaśną minę, jego uśmiech został natychmiast dostrzeżony i obszernie skomentowany. Już mówi się, że mamy nowego, kochanego Gordona Browna. Ostatnio też zadziwił swą szczerością, gdy przyznał, że od momentu przejęcia władzy przez Partię Pracy podatki w Wielkiej Brytanii znacznie wzrosły.

Oczywiście wszyscy to wiedzą, ale sam Brown dotychczas temu uporczywie zaprzeczał. Mimo tej ostatniej medialnej ofensywy uśmiechów, w dalszym ciągu jest to człowiek, który bardzo źle znosi krytykę pod swym adresem i jest bardzo drażliwy. Nie sądzę też, aby sprawiało mu przyjemność być dwadzieścia cztery godziny na dobę pod lupą mediów. A to jest niestety nieodłącznie związane ze sprawowaniem funkcji premiera.

Jeśli wierzyć badaniom brytyjskiej opinii publicznej i komentarzom mediów, powszechne jest przekonanie, że Brown niezależnie od tego, co uczyni, przegra następne wybory.
Rzeczywiście, na dłuższą metę jego pozycja jest nie do pozazdroszczenia. Brytyjska polityka toczy się w cyklach mniej więcej 10-, 12-letnich. Teraz więc mamy końcówkę cyklu Partii Pracy. Była ona u władzy przez 10 lat, przez trzy kolejne rządy i teraz wykazuje już cechy mocnego zużycia.

Brak jej nowych pomysłów, młodych, dobrych działaczy, a ci, którzy są, stracili już niezbędny wigor i pasję. Kilka dni temu, gdy rozpoczął się proces przejmowania władzy przez Browna, wyniki sondaży Partii Pracy nieco się poprawiły. Myślę jednak, że nie jest to jakaś trwalsza tendencja. Dlatego to dość kiepski moment do przejmowania władzy. Gordon Brown będzie musiał kierować Partią Pracy w okresie jej nieuchronnego spadku popularności i przyszłej klęski wyborczej. Nie sądzę, aby był w stanie zatrzymać i odwrócić ten proces.

Neal Ascherson, wieloletni komentator polityczny tygodnika "The Observer" i dziennika "The Independent"
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj