Żołnierze mieliby przypilnować, by Hamas i Fatah przestały ze sobą walczyć, a terroryści nie odpalali rakiet w kierunku izraelskich miast. 20 tys. Amerykanów i kolejne oddziały z państw należących do NATO wystarczyłoby, aby w Strefie Gazy zapanował spokój.
O pomoc międzynarodowych sił prosi prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas. Tyle że on błaga nie o siły NATO, a o oddziały pokojowe ONZ, tzw. błękitne hełmy. Izrael też nie widzi problemu, by jego granicy pilnowali żołnierze ONZ. Jest tylko jeden problem - na siły rozjemcze muszą zgodzić się obie strony konfliktu, a radykalny palestyński Hamas nie chce nawet słyszeć o "błękitnych hełmach".
Dlatego, według jordańskiej prasy, jedynym wyjściem byłaby interwencja NATO, które na atak nie potrzebuje zgody.