W piątek urząd wezwał Penca na przesłuchanie, zarzucając mu naruszenie prawa. Za publikację bazy danych czechosłowackiej bezpieki grozi mu grzywną w wysokości 1 mln koron (około 160 tys. zł).

Reklama

Penc twierdzi, że nie uczynił niczego wbrew prawu, gdyż w internecie zamieścił jedynie informacje archiwalne. Jego lista zawiera nazwiska 770 tysięcy osób, którymi - z różnych powodów - przed "aksamitną rewolucją" z 1989 roku interesowała się StB.

Według Penca dane te są zarejestrowane w Archiwum Narodowym i nie zawierają żadnych informacji z późniejszego okresu. "To działanie na rzecz wolności nas wszystkich. W momencie, kiedy nie będzie można upubliczniać archiwaliów, nie będziemy mogli pisać książek o historii" - mówił Penc po przesłuchaniu.

Urząd wystąpił z oskarżeniem przed dwoma tygodniami, a cała sprawa ciągnie się już od ponad roku. Penc najpierw zwrócił się o opublikowanie archiwum do Instytutu Badania Reżimów Totalitarnych (USTR, odpowiednika polskiego IPN), który jego wniosek odrzucił. W czerwcu 2009 roku zdecydował się więc upublicznić dane samodzielnie.

Pod naciskiem UOOU zamknął strony internetowe z listą nazwisk. Powtórnie otworzył je po kilku miesiącach.

Szef USTR Daniel Herman powiedział w piątek w czeskiej telewizji publicznej, że instytut wraz z Archiwum Służb Bezpieczeństwa stopniowo udostępnia coraz więcej danych StB. Dodał, że jego instytucja zamierza wydać specjalny podręcznik, pozwalający zainteresowanym obywatelom orientować się w materiałach komunistycznej bezpieki.