Ok. tysiąca policjantów zajmowało się ochroną niedzielnej demonstracji.

Reklama

"Czerwone koszule" to zwolennicy byłego premiera Thaksina Shinawatry. W niedzielę przeszli oni ulicami stolicy Tajlandii w kierunku dzielnicy handlowej, gdzie od marca do maja zeszłego roku znajdował się ich obóz. Po 10 tygodniach demonstracje zostały krwawo stłumione przez wojsko, a główni przywódcy protestujących zostali aresztowani.

Niedzielna manifestacja została zwołana w hołdzie ofiarom zeszłorocznych protestów. Demonstrujący domagali się także zwolnienia swoich przywódców, którym postawiono zarzut terroryzmu. Zdaniem "czerwonych koszul" rząd za pomocą brutalnych środków chce stłumić ich ruch.

Oprócz kilku incydentów niedzielny protest przebiegał pokojowo.

Przywódca "czerwonych koszul" Jatuporn Prompan, któremu wiosną udało się uniknąć aresztowania dzięki immunitetowi, wezwał do przeprowadzania "symbolicznych zgromadzeń" dwa razy w miesiącu. "Mamy nauczkę z zeszłego roku: dużymi zgromadzeniami nie osiągniemy tego, na czym nam zależy" - wyjaśnił Jatuporn.

W wiosennych zamieszkach - najpoważniejszych w historii współczesnej Tajlandii - zginęło co najmniej 91 osób, a 1900 odniosło obrażenia. "Czerwone koszule" domagały się ustąpienia rządu Abhisita Vejjajiva i rozpisania nowych wyborów parlamentarnych.

7 kwietnia wprowadzono stan wyjątkowy w stolicy kraju, a następnie stopniowo rozszerzano go na jedną trzecią wszystkich prowincji. Na początku stycznia 2011 r. został on zniesiony w trzech prowincjach na północnym wschodzie kraju. W Bangkoku zrobiono to pod koniec grudnia 2010 r.