Jego zdaniem Niemiec czy Brytyjczyk nie podejmie pracy jako goniec za 1,8 – 2,7 tys. euro brutto miesięcznie, sekretarka za 1,9 – 3,1 tys. euro, księgowy za 2,4 – 4,5 tys. euro, a urzędnik średniego szczebla za 3,1 – 6,6 tys. euro. Miałby o tym świadczyć proces rekrutacji w ostatnim roku. Wśród 43 tys. uczestników tylko 7 proc. stanowili Niemcy (2,4 proc. Brytyjczycy), choć ludność obu krajów stanowi odpowiednio 16,3 i 12,3 proc. wszystkich obywateli Unii. Tymczasem zdaniem Sefcovica kraje członkowskie bez ustanku domagają się utrzymania „równowagi geograficznej” przy obsadzie stanowisk w Brukseli.

Dodatkowym problemem, zdaniem komisarza, jest obsadzenie stanowisk wymagających szczególnych kwalifikacji. Chodzi np. o ekonomistów, których zadaniem (zgodnie z paktem fiskalnym) będzie monitorowanie polityki budżetowej krajów unii walutowej.

Taka argumentacja nie ma jednak sensu. Komisji nie brakuje kandydatów: w ub.r. o jedno stanowisko ubiegało się średnio 150 osób. I nawet jeśli nieproporcjonalnie duża ich część wywodziła się z uboższych krajów Unii, to Sefcovica nie powinna z tego powodu boleć głowa. Jakoś przez 8 lat od poszerzenia Unii na wschód nikomu w Brukseli nie przeszkadzało, że na stanowiskach dyrektorskich, a nawet szefów wydziałów, dawne kraje komunistyczne mają proporcjonalnie wielokrotnie mniej swoich ludzi niż Niemcy, Francja czy Wielka Brytania.

Znalezienie kandydatów do wykonania szczególnie odpowiedzialnych zadań wynikających z paktu fiskalnego rzeczywiście może wymagać podniesienia uposażeń dla kilkudziesięciu ekspertów. Ale Komisja mogłaby to zrobić w ramach obecnego budżetu. Wśród przeszło 30 tys. urzędników KE znaczna część wykonuje bowiem mało odpowiedzialne zadania i nie musi być aż tak dobrze opłacana jak dziś. To pracownicy tych dyrekcji, które zgodnie z europejskim prawem mają niewielkie kompetencje i zajmują się edukacją, kulturą czy polityką społeczną. Teraz siatka płac jest jednak tak ustawiona, że ten, kto zajmuje się np. wydawaniem zgody na pomoc publiczną czy fuzje firm warte setki miliardów euro, dostaje tyle samo co kolega, który produkuje raporty. O wszystkim decyduje staż pracy.

Największy paradoks polega jednak na tym, że sami Niemcy i Brytyjczycy wcale nie chcą podwyżek dla swoich obywateli pracujących w Unii. Przeciwnie, oba kraje należały do 17 sygnatariuszy opublikowanego pod koniec ub.r. listu, w którym zawarto apel m.in. o „bardzo poważne cięcia w pensjach, świadczeniach emerytalnych, jak również wydatkach administracyjnych” eurokratów. Teraz zbliża się moment wprowadzenia w życie tych postulatów. Do końca roku państwa UE muszą bowiem podjąć jednomyślnie decyzję o kształcie budżetu UE na lata 2014 – 2020. Raczej nie zgodzą się na obecne warunki pracy w Brukseli, gdy we Włoszech zastępuje się tylko co piątego urzędnika odchodzącego na emeryturę, a we Francji zlikwidowano w samych szkołach 60 tys. etatów.

Sefcovic zapewne występuje z nierealnymi postulatami ze względów taktycznych: aby mieć w negocjacjach z czego ustępować. Niewiele jednak ugra. A za to jeszcze bardziej zwiększy niechęć do Brukseli z trudem wiążących koniec w końcem zwykłych mieszkańców Europy.