Nadal poszukiwane są trzy osoby. Jest już mało prawdopodobne, że przeżyły tę największą w historii Turcji katastrofę przemysłową.

Reklama

Do tragedii doszło cztery dni temu, gdy eksplodował transformator, co spowodowało pożar w kopalni. Większość ofiar zatruła się tlenkiem węgla.

Dziś pożar wybuchł w innej części kopalni, w odległości około 250 metrów od miejsca uwięzienia górników.

Katastrofa wywołała falę protestów wymierzonych w rząd premiera Recepa Erdogana i prywatnych właścicieli kopalni, których oskarża się o zaniedbania kwestii bezpieczeństwa pracy. "Żaden węgiel nie ogrzeje dzieci ojców, którzy zginęli w kopalni" - napisali na transparencie uczestnicy demonstracji.

W momencie katastrofy pod ziemią pracowało 787 osób. Większość z nich miała maski tlenowe, jednak dym i gaz rozprzestrzeniały się tak szybko, że wielu nie zdążyło uciec.

Kopalnia w Somie została sprywatyzowana 9 lat temu. Krytycy oskarżają rząd, że nie odpowiedział na wcześniejsze apele o sprawdzenie warunków, panujących w kopalni. Władze spółki argumentują tymczasem, że zaledwie w marcu inspektorzy sprawdzili kopalnię i nie dopatrzyli się uchybień.