"Prezydent Trump poinformował o swym zaniepokojeniu eskalacją przemocy w Afrinie w Syrii, która niesie ryzyko zanegowania naszych wspólnych celów w Syrii" - głosi komunikat Białego Domu. "Wezwał Turcję do deeskalacji, ograniczenia działań militarnych" i unikania sytuacji, w których ofiarami konfliktu będą cywile - kontynuuje Biały Dom.

Trump wyraził też zaniepokojenie "destrukcyjną i fałszywą retoryką", po jaką sięga Ankara, a także losem amerykańskich obywateli zatrzymanych w Turcji w związku z obowiązującym tam stanem wyjątkowym. Amerykański prezydent zaapelował do swego odpowiednika o zacieśnienie współpracy, co ułatwiłoby zajęcie wspólnego stanowiska wobec "słusznych niepokojów Turcji dotyczących jej bezpieczeństwa".

Tureckie wojska od pięciu dni prowadzą w Afrinie ofensywę wymierzoną w Kurdów; generalnie Ankara walczy z popieranymi przez USA kurdyjskimi milicjami YPG, które wchodzą w skład Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF); celem sił tureckich jest wyparcie bojowników kurdyjskich z okolic Afrinu przy granicy z Turcją.

Wcześniej w środę Erdogan powiedział: Mam wątpliwości co do człowieczeństwa tych, którzy popierają organizację Ludowe Jednostki Samoobrony (YPG) i nazywają Turcję najeźdźcą. Turecki wicepremier Bekir Bozdag oświadczył tego samego dnia, iż jego zdaniem jest mało prawdopodobne, że "Turcja stanie twarzą w twarz z USA" w Manbidż.

W regionie Manbidż w północnej Syrii, ok. 100 km na wschód od Afrinu, stacjonują siły specjalne USA. Według danych Pentagonu w całej Syrii znajduje się obecnie ok. 2 tys. żołnierzy z USA; ich celem jest walka z Państwem Islamskim (IS) i Al-Kaidą oraz powstrzymywanie rosnących wpływów Iranu w regionie.

SDF były dotychczas głównym sojusznikiem koalicji pod wodzą USA w wojnie z dżihadystami z IS w Syrii. Kontrolują blisko 25 proc. syryjskiego terytorium wzdłuż granic z Turcją i Irakiem. Siły kurdyjskie starają się skonsolidować i wzmocnić swe zdobycze terytorialne w północnej Syrii.