Po ataku ucichły wzmagające się przedtem bunty licealistów niezadowolonych z reformy egzaminu maturalnego, a "żółte kamizelki" niemal znikły z mediów. Władze i niektórzy politycy opozycyjni wzywają uczestników tego ruchu, by zrezygnowali z zaplanowanych na sobotę manifestacji, szczególnie w Paryżu.

Niektórzy przedstawiciele "żółtych kamizelek" zgadzają się, że wobec antyterrorystycznej mobilizacji należy przyjąć bardziej symboliczne formy protestu, inni rzecznicy ruchu twierdzą jednak, że "terroryzm nie może powstrzymać demokratycznych manifestacji". Pojawiają się nawet teorie spiskowe, według których to rząd zorganizował zamach, by uciszyć „żółte kamizelki”.

Policja opublikowała w środę wieczorem zdjęcie domniemanego sprawcy, 29-letniego Cherifa Chekatta, 27 razy skazanego za przestępstwa pospolite we Francji oraz w Niemczech i Szwajcarii. W czwartek rano radio France Info podało, że dwa lata temu Chekatta zatrzymano za wypowiedzi będące apologią terroryzmu i nawoływanie do zabijania policjantów. Nie został jednak skazany.

W mediach publikowane są wypowiedzi mieszkańców Strasburga, którzy we wtorek znaleźli się w pobliżu miejsc, w których strzelał terrorysta. Bardzo często powtarza się w tych świadectwach gniew, spowodowany atakiem nie tylko na niewinnych ludzi, ale także "na symbol naszego miasta, jakim jest bożonarodzeniowy jarmark, na naszą kulturę i cywilizację".

- Zbliżające się Boże Narodzenie to dla islamistów bluźnierstwo – powiedział w wywiadzie dla dziennika "Le Figaro" politolog Gilles Kepel, uważany za jednego z najlepszych francuskich znawców islamu i współczesnego świata arabskiego. Badacz przypomniał o zamachu na jarmark świąteczny w Berlinie w 2016 roku. Terrorysta do przeprowadzenia ataku użył wtedy ciężarówki, której polski kierowca był jego pierwszą ofiarą.

- We wtorkowym zamachu nie ma nic przypadkowego – ostrzega Kepel. Jego zdaniem zbliżające się święta wpływają mobilizująco na dżihadystów, których liczbę w Strasburgu ocenia jako "szczególnie wysoką". Ze stolicy Alzacji wyruszały do Syrii "całe rodziny i całe bandy" – mówi ekspert, wyrażając przekonanie, że rozwojowi islamizmu sprzyjało to, co nazywa "negowaniem wagi ideologicznej, jaką ma propaganda dżihadu".

Upadek stworzonego przez Państwo Islamskie kalifatu miał "destabilizujący wpływ na środowiska dżihadystyczne, które przyzwyczaiły się, że ich ataki koordynowane były z Syrii i Iraku" – tłumaczy Kepel, ocenia jednak, że to "lekkie zagubienie, gdy chodzi o sposób działania", nie spowodowało "najmniejszego nawet cofnięcia się wpływów ideologii (islamistycznej)".

"Le Figaro" swój komentarz redakcyjny, zatytułowany "Terroryzm, wilki i baranki", rozpoczyna od "krwawej litanii ponad 250 ofiar islamistycznego szaleństwa" we Francji. Celem dżihadystów - czytamy - są "nasi przedstawiciele, nasz sposób życia, nasze symbole".

Redakcja paryskiego dziennika za "jałowe" uważa zastanawianie się, czy zamachowiec ze Strasburga należał do zorganizowanej komórki terrorystycznej. "Trzeba być ślepym, by nie zauważyć, że na naszej ziemi zainstalowało się przeciwne naszemu antyspołeczeństwo, którego członkowie, z pogranicza bandytyzmu i salafizmu, przygotowują zbrodnie, których wspólną cechą jest nienawiść do Francji" - podkreśla.

"To prawda, że wznawiana po każdym zamachu debata na temat postępowania z islamistami figurującymi w kartotekach policyjnych wzmaga poczucie słabości państwa, które nie potrafi powstrzymać osobników, których zamiary są znane" – pisze autor komentarza.

Dziennik zwraca jednak uwagę na "skarb, jakim są swobody obywatelskie", i podkreśla, że "sądy mają sądzić za czyny, a nie za zamiary". Boleje jednak nad tym, że "nasz wróg jest inteligentny" i "korzysta ze wszystkich praw, jakie daje zachodnia cywilizacja, ale nie poczuwa się do żadnych obowiązków".

"Wilki przebierają się za baranki, oprawcy udają ofiary. Ale morderczy islamizm to nie jest klęska żywiołowa. Rozkwita na naszym wahaniu i rezygnacji, spokojnie zbrojąc się w cieniu naszego moralnego i sądowego rozbrojenia" – stawia diagnozę "Le Figaro".