Dziennik Gazeta Prawana logo

Iran to kraj, którego tak naprawdę nie znamy. Rządy ajatollahów to nie tylko brutalny reżim

9 lutego 2019, 09:00
Ten tekst przeczytasz w 19 minut
Flagi Polski i Iranu
Flagi Polski i Iranu/Shutterstock
Islamskiej Rewolucji stuknęła czterdziestka – przypomną o tym uczestnicy przyszłotygodniowej warszawskiej konferencji poświęconej Iranowi. Ale wbrew temu, co zapewne usłyszymy, rządy ajatollahów to nie tylko brutalny reżim

– miał powiedzieć tydzień temu szef policji w Teheranie Hosein Rahimi jednej z miejscowych agencji prasowych.  - dorzucił.

Ta kampania ma dokładnie określone pole rażenia: to mieszkańcy bogatego północnego Teheranu i podobnych mu dzielnic w kilku największych miastach. Życie w tych miejscach nie różni się wiele od tego, jakie prowadzą mieszkańcy Zachodu: w kioskach da się kupić magazyny takie jak „Time” czy „Le Point”, zjeść można w restauracji naśladującej bary McDonald’s, po pracy można zaszyć się w klubie z bilardem, pójść na podziemny koncert, do fryzjera lub studia tatuażu. Dziewczyny - z chustą ściągniętą z włosów na tyle, żeby nie spadła - spacerują z pieskami miniaturkami wzdłuż ciągów schludnych apartamentowców. Chłopcy układają w domowym zaciszu sample do skandowanych w farsi tekstów, grają w gry komputerowe. Wszyscy surfują w internecie, choć moda na zakładanie blogów minęła.

Psy od wieków są na celowniku strażników ortodoksji: podobno pogryzły proroka, podobno Mahomet nakazał, żeby wszystkie je zabić (o czym w Koranie nie ma ani słowa, opinie proroka na temat tych zwierząt pochodzą z hadisów, zbiorów przypowieści rozmaitej proweniencji, których wiarygodność bywa podważana). W Iranie miały zatem swoich przeciwników, do których zalicza się Wielki Ajatollah Naser Makarem Szirazi. - przekonywał ten duchowny w fatwie, religijnym orzeczeniu, wydanej w 2010 r. – dorzucał.

Być może chodzi o proroka, być może o zepsuty Zachód. Ale najbardziej chyba o to, że posiadanie psa to symbol statusu, drażniący tych, których na takie "luksusy" nie stać - i Rewolucja postanowiła przypomnieć rodakom, że dalej stoi po stronie biednych. Absurdalność pomysłu teherańskiej policji i sędziów utorowała temu pomysłowi drogę do światowych mediów. O tym jednak, że życie w Iranie nie odpowiada stereotypom fundamentalistycznej, muzułmańskiej dyktatury i jest znacznie bardziej liberalne niż w sąsiednich państwach arabskich, słyszy się rzadko.

Demokracja

- podskakiwał w fotelu podekscytowany, walczący o reelekcję, prezydent Mahmud Ahmadineżad, wymachując niezbyt opasłą teczką. Trwała pierwsza w historii Iranu telewizyjna debata kandydatów na prezydenta, było to w czerwcu 2009 r. Na antenie publicznej IRTV ścierali się wszyscy najważniejsi pretendenci. Teczka dotyczyła żony najważniejszego z nich, Mir-Hoseina Musawiego – małżonka przed rewolucją potrafiła przywdziać kusą spódniczkę, zaś po niej (jako badaczka i wykładowca akademicki) zasłynęła z liberalizmu. Tajemnica teczki sprowadzała się do podejrzenia, że żona Musawiego nie zdobyła tytułu profesorskiego.

O tym, co zawiera następna teczka - wyciągnięta w trakcie starcia z kolejnym konkurentem, byłym szefem Korpusu Strażników Rewolucji Mohsenem Rezai - telewidzowie już się nie dowiedzieli, choć mogli przypuszczać, że chodziło o jego syna. Na początku dekady chłopakowi przydarzyło się wystąpić o azyl polityczny w USA, ale po kilku miesiącach okazało się, że Ameryka nie jest krainą miodem i mlekiem płynącą, więc skruszony młodzieniec wrócił do ojczyzny. W normalnych warunkach taki manewr nie uszedłby uwadze służb – ten azylant jednak po cichu rozpoczął w Teheranie normalne życie, a sprawa stała się tajemnicą poliszynela. Rezai obrzucił w studiu IRTV Ahmadineżada oraz teczkę w jego rękach zimnym spojrzeniem i uciął krótko:

Wymiana pogróżek między prezydentem a rywalami nie należy do najlepszych politycznych zwyczajów, ale wiele mówi o stosunkowej otwartości irańskiej polityki - podobne sceny byłyby niemożliwe w stacjach telewizyjnych innych reżimów Zatoki Perskiej. Irański reżim różni się od nich. W 1979 r. rządy szacha zostały obalone przez konglomerat rozmaitych stronnictw politycznych, które były wypchnięte poza ramy polityki - a zarazem cieszyły się olbrzymim poparciem, przede wszystkim biednych mas. Opisywali te formacje zarówno Ryszard Kapuściński w „Szachinszachu”, jak i Wojciech Giełżyński w „Rewolucji w imię Allacha”: poza duchownymi i ich zwolennikami byli tam mudżahedini ludowi, fedaini, nacjonaliści, komuniści z partii Tudeh i jeszcze niemało innych. Trudno się dziwić, że tuż po rewolucji okazało się, iż wizje Islamskiej Republiki wszystkich tych ugrupowań znacznie się od siebie różnią. A przede wszystkim: że duchowni nie mają zamiaru oddać rządu dusz w Iranie. W ciągu dwóch lat po obaleniu szacha ajatollah Chomeini zbudował sobie własne siły zbrojne - Korpus Strażników Rewolucji - po czym wyciął lub wygnał politycznych adwersarzy. Zwolennicy szacha uciekli wraz z władcą, niedobitki próbującej zachowywać dystans do reżimu szacha i rewolucji armii wykrwawiły się na frontach wojny z Irakiem w latach 1980–1988. Pole dla jedynowładztwa ajatollahów zostało oczyszczone.

Ale duchowieństwo nie było monolitem. Wśród tych, którzy przechwycili władzę, byli konserwatyści jak Chomeini oraz liberałowie – jak Wielki Ajatollah Hosein Ali Montazeri. Zbudowali system polityczny, w którym Najwyższy Przywódca - traktowany dziś stereotypowo jako dyktator Iranu - jest arbitrem między ścierającymi się frakcjami. Ale część funkcji kontrolnych nad Przywódcą ma Zgromadzenie Ekspertów - instytucja, który wybierze jego następcę. A kandydatów do Zgromadzenia (a także Madżlisu, czyli parlamentu, oraz kandydatów na prezydenta) zatwierdza Rada Strażników Konstytucji (niekiedy nazywana Radą Strażników Rewolucji), której połowę członków wybierają z kolei członkowie Madżlisu. System wzajemnych zależności ma sprawiać, że w aparacie władzy nie pojawi się ktoś z aspiracjami do monopolu na władzę.

W praktyce wygląda to znacznie gorzej. W wyborach prezydenckich w 2017 r. zarejestrowało się 1636 kandydatów, w tym 137 kobiet. To zasługa języka, którym spisano konstytucję, bo w niej pozwala się na start w wyborach wszystkim, którzy są "osobowością" – co prawda, tu bardziej w znaczeniu autorytetu, ale któż z nas nie jest osobowością. Kandydatury zgłaszają więc irańskie panie domu, kierowcy autobusów, uwięzieni opozycjoniści – a nad nimi wszystkimi pochyla się Rada Strażników. I dba, żeby do systemu nie przedostali się przypadkowi ludzie, a tym bardziej ci wrogo nastawieni do rewolucyjnych porządków.

W efekcie z 1636 kandydatów do wyborów stanęło dwa lata temu sześciu. Rzecz jasna, wszyscy reprezentują polityczny establishment Republiki Islamskiej, układ stworzony wokół jej instytucji. Jednak każdy wywodzi się z innej frakcji czy partii działającej w ramach reżimu – np. uznawany za reformatora obecny prezydent Hasan Rouhani reprezentuje Partię Umiarkowania i Rozwoju, a jeden z jego konkurentów z 2017 r. Mostafa Mir-Salim był przedstawicielem konserwatywnej Partii Islamskiej Koalicji.

W tym wewnętrznym świecie establishmentu jest już więcej demokracji. Niczym w Ameryce, wycofujący się z wyścigu pretendenci mogą scedować swoje poparcie na innego polityka. Ścierają się na łamach gazet – i od 2009 r. w telewizji. Zdarzają się "cuda przy urnie", jak te, które 10 lat temu doprowadziły do masowych protestów, najsilniejszych od czasów rewolucji – Zielonej Fali. Ale w gruncie rzeczy, Najwyższy Przywódca i jego reżim są w stanie pogodzić się z ostatecznymi wyborami Irańczyków.

Cóż, za szacha tego nie było. Dlatego też współczesny Irańczyk ma do Rewolucji mieszane uczucia. – utyskuje 60-letni były żołnierz i rewolucjonista ochotnik w 1979 r. Mohammad Reza Tadżik w swoim sklepie w Teheranie. – dorzuca.

Mułłowie

- skarżył się hodżatoleslam Ali Beheszti z Szahmirzadu. Duchowny próbował zbesztać napotkaną kobietę, że ma zbyt daleko zsuniętą z włosów chustę. - relacjonował w opowieści dla agencji informacyjnej Mehr sponiewierany mułła.

We wszystkich relacjach z burzliwych wydarzeń lat 1978 i 1979 centralną rolę odgrywał ajatollah Chomeini – o kasetach z jego kazaniami, wpływie i masowym poparciu pisał każdy dziennikarz i historyk. Ale też pomijano najczęściej fakt, że przynajmniej część wysokich rangą i obdarzonych autorytetem duchownych była wcześniej bliska reżimowi szacha. Nie wspominano, że pieniądze pozwalające na zorganizowanie Rewolucji, działalność imamów i zaopatrzenie demonstrantów wyłożyli bazari - właściciele straganów i sklepów działających na usytuowanych przy meczetach bazarach. I niewiele mówi się o tym, jak fatalną sławą cieszyli się przed rewolucją - i dziś - duchowni.

Przed laty używano powiedzonek o antyklerykalnym charakterze. Przywary wskazywane już wówczas, jak chciwość, korupcja czy głupota – wytyka się i dzisiaj. – napisali na transparencie demonstranci podczas jednej z antyreżimowych demonstracji. Irańczycy lubią plotkować o tym, którzy z najwyższych rangą duchownych mają konta w Szwajcarii. Hooman Majd, krewniak jednego z byłych prezydentów (i duchownego), Mohammada Chatamiego, opisuje spotkanie w gronie duchownych, którego uczestnicy rozkoszowali się przednim opium i debatowali o nowych modelach mercedesów. Ucieleśnieniem przywar mułłów miał być też jeden z (anty)bohaterów irańskiego kina - Reza Jaszczurka - główna postać komedii "Marmoulak" z 2004 r., złodziej uciekający z więzienia i zaszywający się w przebraniu mułły w wioskowym meczecie.

Rewolucja wymiotła elity z czasów szacha, a ich miejsce zajęli duchowni. Stąd przez pierwszą dekadę istnienia Republiki Islamskiej ich wszechobecność, popularność absurdalnych fatw – jak wypominane do dziś orzeczenia ajatollaha Chomeiniego z zachętą do zamordowania Salmana Rushdiego czy z werdyktem na temat tego, kto może zjeść kurę, z którą spółkował mężczyzna. "Czy ten mężczyzna może zjeść kurę po ejakulacji? Chomeini dostarcza odpowiedzi: Ani ten mężczyzna, ani jego rodzina, ani nawet sąsiad z domu obok nie mogą zjeść tej kury" - pisze Bahram Darugar w książce „Out of Iran”. "Ale już sąsiad dwa domy dalej może to zrobić" - miał kwitować w tej, prawdopodobnie apokryficznej, debacie Wielki Ajatollah. Autorytet Chomeiniego był jednak wyjątkowy – właściwie dzięki niemu słowo "fatwa" stało się terminem powszechnie rozumianym na Zachodzie. Wcześniej (i bardzo rzadko później) nie pisano o fatwach formułowanych przez innych duchownych, choć zdarzało się, że fatwami nazywano również oświadczenia osób niebędących duchownymi: tak nazywał swoje komunikaty np. Osama bin Laden.

Śmierć Chomeiniego w 1989 r. wyznaczyła kres pewnej epoki - Ali Chamenei nie miał takiego autorytetu jak poprzednik, na ajatollaha „awansowano” go w ostatniej chwili przed wyborem, a jego głównym atutem miała być "sterowalność" (sterować chcieli jakoby syn Imama Ahmad Chomeini oraz prezydent Ali Akbar Haszemi Rafsandżani, nazywany w ojczyźnie Rekinem). Chamenei z czasem wyemancypował się i wypracował pozycję, której daleko do popularności Chomeiniego, ale też – niezagrożoną. Chamenei dobiega dziś osiemdziesiątki i znajduje się w podobnej pozycji jak Fidel Castro u schyłku rządów: regularnie przez kraj przebiega plotka, że właśnie zmarł, karuzela kandydatur na jego następcę kręci się nieustannie. Ale pewne jest jedno: ten, kto nastanie po nim, będzie miał jeszcze mniejszy autorytet i słabszą pozycję w systemie. Do tego stopnia, że niektórzy eksperci przewidują wręcz przechwycenie władzy przez Korpus Strażników Rewolucji.

Mocarstwo

- podkreślał prezydent USA Donald Trump w wygłoszonym w tym tygodniu orędziu o stanie państwa. Z perspektywy Waszyngtonu Teheran jest jednym z nielicznych krajów niemal całkowicie obojętnych na żądania i plany Ameryki. Co więcej, reżim ajatollahów ma ambicję być mocarstwem na regionalną skalę – i tu jego interesy zderzają się z ambicjami Arabii Saudyjskiej, zwłaszcza pod wodzą jej dzisiejszego następcy tronu księcia Mohammeda bin Salmana, oraz samych Stanów Zjednoczonych.

Relacje Waszyngtonu z Teheranem po rewolucji układały się rozmaicie, ale teraz te najgorsze czasy wydają się wracać. Najpierw Jimmy Carter przymknął oko na obalenie szacha – przecież sam wytykał Pahlaviemu naruszanie praw człowieka w latach 70. Gdy jednak rewolucjoniści wdarli się do ambasady USA w Teheranie i wzięli kilkudziesięciu zakładników, przetrzymywanych potem przez 444 dni – Iran znalazł się w gronie wrogów. Nie na tyle jednak nieprzejednanych, by nie robić z nim cichcem interesów, czego dobitnym przykładem była afera "Iran contras".

Irańczycy żyli też - niczym Che Guevara, Mao Zedong czy Muammar Kadafi - iluzją, że rewolucję da się "eksportować". Dosyć szybko okazało się, że jej płomień podgrzewa tylko narodowe i etniczne nacjonalizmy w innych krajach, natomiast nie wzmacnia zbytnio przywództwa Teheranu w świecie. Po śmierci Chomeiniego i to hasło zaczęło więc tracić popularność. Zresztą, w połowie lat 90. kraj był gotowy na daleko idącą liberalizację - wyrazem tych nastrojów był wybór Mohammada Chatamiego na prezydenta w 1997 r. (i jego reelekcja w 2001 r.). Język, jakim pisano wówczas o Iranie, nagle diametralnie się zmienił: "ajatollah Gorbaczow" – pisano o Chatamim, "irańska aksamitna rewolucja" - dorzucano. Sytuacja zmieniła się ponownie w 2001 r., po zamachach 11 września. W pierwszych miesiącach po ataku Teheran wspierał USA danymi wywiadowczymi dotyczącymi talibów i Al-Kaidy. Tylko po to, by na początku 2002 r. usłyszeć, że należy do "osi zła".

Jeżeli prześledzimy publikacje dotyczące Al-Kaidy i całego spektrum powiązanych z tą grupą lokalnych ugrupowań, rozsianych po całym świecie, w końcu zauważymy, że Irańczyków wśród nich jest jak na lekarstwo. Teheran grał zapewne własną grę w regionie, co do tego nie ma wątpliwości - ale dla Irańczyków taki terroryzm, jaki był dziełem bin Ladena i jego pogrobowców, dżihadystów z Państwa Islamskiego, nie był pociągający. Zresztą przeciętny Irańczyk niezbyt się identyfikuje z arabskimi sąsiadami, a wielu Persów uważa ich za konserwatywną, zacofaną ciemnotę, która ciągnie świat muzułmański z powrotem do średniowiecza.

Co innego regionalna gra wpływów, rozgrywana "po szwach" wyznaniowych – eksport rewolucji zastąpiła doktryna szyickiego półksiężyca, czyli strefy wpływów rozciągających się od Libanu i Iraku, przez kraje Zatoki Perskiej, Bahrajn i Jemen, aż po Afganistan i Pakistan na wschodzie. W tej grze ważni są agenci, którzy gwarantują lojalność, a przynajmniej – efekt propagandowy. Do pierwszych należy reżim Baszara al-Asada w Syrii, bo Damaszek nie ma żadnego innego sojusznika w regionie. Do drugich można by zaliczyć palestyński Hamas albo rebeliantów Huthi z Jemenu: trudno ich kontrolować, ale obrona "sprawy palestyńskiej"” to sposób, żeby zapunktować w oczach Arabów, nawet sunnitów. Obie te role spełnia libański Hezbollah – z jednej strony paramilitarna organizacja uznawana za ugrupowanie terrorystyczne, z drugiej – partia polityczna, która współrządzi Libanem, zdobywając poparcie w wyborach o niekwestionowanej uczciwości. Jej lider szejk Nasrallah, po 33-dniowej wojence z Izraelem w 2006 r., był według sondaży najpopularniejszym politykiem świata arabskiego. Co oczywiście wciąga Teheran w konflikt z państwem żydowskim: gdyby przysłuchiwać się wystąpieniom premiera Benjamina Netanjahu, można by dojść do wniosku, że Izrael nie ma dziś gorszego wroga niż Iran. I zapewne to racja: wszystkich innych ma pod kontrolą Waszyngton.

Rewolucja kobiet

Rewolucje, których jedynym wyrazem było zdziesiątkowanie dotychczasowego establish mentu, nie trwały długo. Rewolucje, które przynajmniej częściowo przynoszą ulgę i zmieniają warunki życia najsłabszych, mają o wiele większą szansę na przetrwanie. Tak stało się na Kubie, gdzie mimo biedy i panoszenia się stworzonego przez Fidela Castro aparatu najbiedniejszym stworzono możliwości darmowej nauki i opieki zdrowotnej. Przez ponad 40 lat udało się lawirować Kadafiemu, który nakradł się po same uszy, ale i tak starczyło na budowanie szkół, szpitali, nowoczesnej infrastruktury i sklepów z półdarmowymi, subsydiowanymi towarami. Nie inaczej stało się też w Chinach, gdzie w 1978 r. - w chwili, gdy władzę przejmował Deng Xiaoping - poniżej granicy ubóstwa żyło 9 na 10 ludzi.  – podsumowywał szef Banku Światowego Robert Zoellick w 2004 r.

Nie inaczej jest w Iranie, co widać też po kobietach - tych, które uchodzą za największą ofiarę reżimu. Dziś jest ich na studiach więcej niż mężczyzn i idą tam chętniej: 42 proc. tych, które podeszły do egzaminów na studia, rozpoczyna naukę (mężczyzn 29 proc.). W mediach społecznościowych regularnie pojawiają się oddolne społeczne kampanie na rzecz ich praw i swobód obywatelskich. To one chodzą głosować i stoją w pierwszych rzędach demonstracji. Coraz śmielej wchodzą do literatury i kina, sportu, biznesu i polityki.

Nawet obrazki z tradycyjnych dorocznych procesji w święto Aszura, kiedy to mężczyźni okładają się łańcuchami i ostrzami, upamiętniając męczeńską śmierć w bitwie wnuków proroka, mają drugie dno: pozwalają młodym mężczyznom popisywać się przed dziewczętami, pozując na odpornych na ból twardzieli. Młodzi rzucili się też na nowe technologie: gdy tylko w Iranie pojawiły się modemy, w internecie zaroiło się od blogów w farsi - irańska pisarka Nasrin Alavi doliczyła się ich dekadę temu około 64 tys. Dziś specjalne aplikacje pozwalają młodym poflirtować w teherańskim metrze, miejskich parkach albo nawet na parkingu, nie wychodząc z auta, by nie prowokować nadgorliwych strażników ortodoksji.– jak podsumowywał jeden z reporterów, którzy wybrali się do Iranu przy okazji rocznicy obalenia szacha.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj