W specyficznej atmosferze przebiega kończąca się dziś oficjalna wizyta Donalda Trumpa w Wielkiej Brytanii. Podczas formalnego bankietu w Pałacu Buckingham we wtorek on i królowa Elżbieta II wymienili tradycyjne uprzejmości i wspomnieli „wieczystą przyjaźń”, jaka łączy oba narody. Ale podróż Amerykanina zdominowała polityka, nie tylko międzynarodowa, ale i ta wewnętrzna, brytyjska. Najpierw prezydent w mediach społecznościowych wymienił kilka obelg z laburzystowskim burmistrzem Londynu Sadiqiem Khanem, potem wtrącił się w wyścig o przywództwo torysów po Theresie May i wychwalał jednego z głównych do niego pretendentów Borisa Johnsona jako „wspaniałego kandydata i lidera”. Z odchodzącą premier Trump miał zawsze chłodne relacje i tym razem ograniczył się do kurtuazyjnej roboczej rozmowy.

Ale przede wszystkim dość stanowczo zabrał głos na temat brexitu. "Wyszedłbym z Unii bez porozumienia, jeśli nie da się ustalić korzystnych warunków. Na waszym miejscu nie zapłaciłbym Brukseli 50 mld dol. To jest gigantyczna kwota. (…) Londyn powinien pozwać Unię Europejską, żeby zdobyć w ten sposób amunicję do walki o godne wyjście" – powiedział w wywiadzie udzielonym „Sunday Times”. Dodał też, że Brytyjczycy powinni wysłać na negocjacje szefa Partii Brexitu Nigela Farage’a. "Lubię tego człowieka. Jest mądry i ma wiele do zaproponowania" – stwierdził Trump. Ta życzliwość wobec lidera skrajnej prawicy w Wielkiej Brytanii nie urodziła się jednak wczoraj.

Kiedy elity polityczne Zachodu nie mogły uwierzyć w wynik ostatnich amerykańskich wyborów i albo z ostrożnością, albo niechęcią zdawkowo gratulowały Trumpowi, Nigel Farage poleciał do Nowego Jorku uściskać, jako pierwszy zagraniczny polityk, prezydenta elekta. 12 listopada 2016 r. ten ostatni wrzucił na Twittera zrobione w jego apartamencie zdjęcie z, jak go już wówczas przezywały anglosaskie media, Panem Brexitem. Tydzień później zapytany przez reportera „New Yorkera” w Londynie o okoliczności powstania tej fotografii Farage odparł, że obydwaj mieli co świętować, bo dziennikarze z redakcji głównego nurtu i światowi liderzy traktowali ich jak pariasów, a tymczasem jeden i drugi wygrali w cuglach.

Ich znajomość, która szybko stała się przyjaźnią, zaczęła się w lipcu tego samego roku podczas konwencji Partii Republikańskiej w Cleveland, gdzie Trump odebrał oficjalnie nominację do reprezentowania jej w wyborach. Farage przyjechał tam uczyć się od Amerykanina i jego ludzi wyborczej socjotechniki. Jego ówczesna partia UKiP nie była w stanie przebić szklanego sufitu 13 proc. poparcia, bo przylgnęła do niej etykietka rasistów i ksenofobów. Jej lider chciał stworzyć nową markę. Jego łącznikiem z zapleczem Trumpa byli brytyjski biznesmen Arron Banks, o którym DGP pisał w zeszłym tygodniu w kontekście finansowania Farage’a, i jego wpływowy amerykański lobbysta Andy Wigmore (zwany Wiggym). Na takich ludzi jak on mówi się „fixer”, czyli „załatwiacz”, albo „door opener”, czyli „człowiek otwierający drzwi”. Wiggy zorganizował wspólnego drinka dla Brytyjczyków i delegacji z Missisipi z gubernatorem Philem Bryantem na czele. Republikanin był zachwycony Farage’em i przyznał mu się, że z pasją oglądał wszystkie jego spoty przed brexitowym referendum. I zaprosił go do Jackson. Ten z oferty skorzystał i przybył do Missisipi niecały miesiąc później, gdzie zresztą znowu spotkał się z Trumpem. W trakcie jesiennej kampanii odwiedzał go jeszcze na Florydzie, za pieniądze Arrona Banksa.

Wypada przypomnieć, że zwycięstwo w wyborach prezydenckich zaskoczyło nie tylko światowych polityków i Partię Demokratyczną, ale i samego Donalda Trumpa. Elekt w chaosie organizował spotkania w powyborcze dni. Ale to, że niemal od razu znalazł czas dla Farage’a, jest znaczące. W późniejszych wywiadach Brytyjczyk chwalił nowego prezydenta za to, że jest samcem alfa, ma pomysły na odbudowę amerykańskiego imperium, ale też że został chłopcem do bicia liberalnych elit, zresztą tak jak on sam, i dlatego łączy ich specjalna emocjonalna więź. W tych samych rozmowach z dziennikarzami mówił, że docenia Władimira Putina za jego interwencję w syryjskiej wojnie domowej.

Ale przede wszystkim Nigel Farage może dziś podziwiać Trumpa za to, że nauczył się od niego tworzenia politycznej marki. Dzięki konsultacjom z amerykańskimi piarowcami i ideologami stworzył nowe stronnictwo – Partię Brexitu. I to z nią wygrał wybory do Parlamentu Europejskiego, zdobywając 30,5 proc. głosów i 29 mandatów. A teraz z tym kapitałem szykuje się do podboju Izby Gmin. Donald Trump otwarcie i mocno go w jego misji wspiera (co jednak zadziwia, jeśli chodzi o mieszanie się zagranicznego polityka w wewnętrzne sprawy Wielkiej Brytanii). A idea brexitu i izolacji od kontynentalnej Europy jest niczym innym jak kalką trumpowskiego muru na granicy z Meksykiem.