Prace przy odbudowie katedry, wstrzymane w lipcu z powodu zbyt wielkiej ilości pyłu ołowiowego w powietrzu, miały być wznowione w poniedziałek, ale termin przesunięto na 19 sierpnia.

Choć prefektura podkreśla, że najpierw sprawdzi, czy zastosowano się do dyrektyw inspekcji pracy, mieszkańcy i lekarze wyrażają wątpliwości, czy wnętrze rzeczywiście jest czyste, oraz obawy, że wznowienie prac będzie groźne dla okolicy świątyni.

Władze miejskie oskarżane są przez paryżan i niektóre stowarzyszenia o ukrywanie prawdy i brak troski o mieszkańców.

To zapewne początkowy entuzjazm wywołany wolą ratowania po pożarze narodowego i chrześcijańskiego symbolu, jakim jest paryska katedra, spowodował, że początkowo mało kto myślał o zanieczyszczeniu.

Debatowano o funduszach, technikach odbudowy i jej tempie, nie zwracając uwagi na rzadkie ostrzeżenia ze strony organizacji ekologicznych, a nawet komunikaty administracji. Te oświadczenia były następstwem ostrzeżeń organizacji pozarządowej Robin Hood, która w liście do odpowiednich ministerstw już w kwietniu wzywała do podjęcia kroków wobec "poważnego" zagrożenia zanieczyszczeniem setkami ton ołowiu z iglicy i dachu świątyni.

Mimo konferencji prasowych organizowanych przez stowarzyszenie w mediach panowała w tym temacie niemal całkowita cisza, a deputowani przygotowywali się do przegłosowania ustawy, która pozwoliłaby na pominięcie przy pracach nad odbudową Notre Dame wielu obowiązujących przepisów - ekologicznych, urbanistycznych czy dotyczących zdrowia publicznego.

Głośno zrobiło się dopiero pod koniec lipca, gdy ogłoszono, że Robin Hood złożyła do sądu skargę w sprawie nieinformowania o ryzyku, jakie dla mieszkańców i pracowników stanowi zanieczyszczenie ołowiem katedry i jej okolic.

Lekarze zwracali uwagę, że "ołów to trucizna". Dr Mady Denantes z organizacji Lekarze Świata (MdM), która kieruje misją wykrywania ołowicy, powiedziała w wywiadzie radiowym, że według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) zawartość ołowiu we krwi powinna wynosić zero mikrogramów na litr.

Skrytykowała francuskie jednostki administracyjne, które wyznaczają stopnie alertu i zalecają w tym względzie jedynie "czujność". Podkreślając, że ołowica jest szczególnie groźna dla dzieci, Denantes alarmowała, że niewielkie nawet zatrucie ołowiem grozi zakłóceniem rozwoju psychomotorycznego.

Wynikiem tych interwencji było zamknięcie czterech pobliskich szkół, w których organizowano półkolonie, i zbadanie dzieci pod względem stopnia wchłonięcia ołowiu. Według władz badania te nie wzbudziły niepokoju.

Władze podkreślają, że obecnie bardzo aktywnie czyszczone są szkoły, by we wrześniu dzieci bezpiecznie mogły do nich wrócić. Z dziedzińców zrywa się asfalt, stosując - informują - metody uniemożliwiające wtórną kontaminację.

W poniedziałek rano zakazano ruchu na sąsiadujących z Notre Dame ulicach i zabrano się do ich "dogłębnego czyszczenia".

Wśród najbardziej narażonych na zatrucie są też m.in. pracownicy budowy. Zdaniem dr Denantes "próg zawartości ołowiu we krwi jest dla nich wyznaczony zbyt wysoko i może nie uchronić przed takimi chorobami jak encefalopatia, rak, bezpłodność czy anemia".

Wielki niepokój panuje wśród mieszkańców gęsto zabudowanego sąsiedztwa katedry. Oskarżają oni merostwo o to, że zareagowało z wielkim opóźnieniem, oraz że obecnie, choć mówi o "całkowitej jawności", w sprawach następstw pożaru działa ospale i nie informuje o wszystkim.

Twierdząc, że Notre Dame jest już wystarczająco osłonięta, przedstawiciele władz sanitarnych i merostwa odrzucają pomysł przykrycia katedry ogromnym kloszem, który zablokowałby rozprzestrzenianie się pyłu ołowianego. I zdecydowanie zaprzeczają w odpowiedzi na pytania dziennikarzy, czy nie za późno uświadomiono sobie skalę tej kontaminacji.

Prezes Robin Hood Jacky Bonnemain oskarżył natomiast władze samorządowe Paryża, że długo lekceważyły niebezpieczeństwo wynikające z zanieczyszczenia ołowiem.

W debacie na falach radia France Info sposób informowania o zagrożeniu zanieczyszczeniem ołowiem jej uczestnicy porównywali z tym, co działo się w krajach komunistycznych, gdzie nie dopuszczano do badań nad rozprzestrzenianiem się ołowicy, spowodowanej kontaminacją z zakładów używających ołowiu, a gdy takie badania przeprowadzano, to ich wyniki ukrywano.