Do pierwszego spotkania dojdzie dopiero jutro, kiedy szef rządu Wielkiej Brytanii spotka się z kanclerz Niemiec. Do tego w czwartek po raz pierwszy zamieni parę słów z prezydentem Francji. W weekend zaś będą mieli okazję porozmawiać w trójkę na marginesie szczytu G7, gdzie będzie obecny także szef Rady Europejskiej Donald Tusk (Jean-Claude Juncker nie weźmie udziału w szczycie z przyczyn zdrowotnych).

I chociaż liderom nie brakuje wspólnych tematów – w tym choćby konfliktu na linii Iran – USA – to zagadnieniem numer jeden będzie brexit. Milczenie Londynu w tej sprawie od momentu złożenia urzędu przez premier Theresę May pod koniec lipca dyplomaci europejscy odczytali jako element taktyki negocjacyjnej: Londyn chciał przekonać wszystkich, że nie obawia się wyjść z Unii Europejskiej na twardo, czyli bez umowy regulującej warunki rozwodu.

Z tego względu premier Johnson dla partnerów po drugiej stronie kanału La Manche miał dotychczas wyłącznie gorzkie słowa: możemy pogadać o takiej umowie, jeśli przestaniecie upierać się za wpisaniem do niej zabezpieczeń dla granicy z Irlandią. W poniedziałek szef brytyjskiego rządu zmienił jednak lekko narrację. Wyraził pewność, że Europejczycy jednak zmienią zdanie w sprawie tzw. backstopu.

To jednak wątpliwe, biorąc pod uwagę, że Johnson prawdopodobnie nie będzie miał dla Angeli Merkel i Emmanuela Macrona nic nowego. Liderzy Francji i Niemiec z pewnością usłyszą, że Londyn nie ma zamiaru wracać do wynegocjowanej przez premier Theresę May umowy, dopóki nie znikną z niej zapisy dotyczące granicy z Irlandią. 31 października jest już blisko i mam nadzieję, że osiągniemy do tej pory porozumienie (…) ale backstop nie jest po prostu możliwy – powtórzył swoje argumenty przedwczoraj w liście do Tuska Johnson.

Co więcej, szef brytyjskiego rządu chce również rozwiać nadzieję na to, że opozycji parlamentarnej nad Tamizą uda się zablokować brexit. Taki jest cel niewielkiej grupy torysów związanych z poprzednim rządem (w tym b. kanclerza Philipa Hammonda oraz b. prokuratora generalnego Dominica Grieve’a) oraz Partii Pracy. Chcą oni zablokowania brexitu 31 października, przedłużenia członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej tak, aby nad Tamizą przeprowadzić wcześniejsze wybory oraz (w większości) organizacji drugiego referendum.

Jak wspomniał w niedawno opublikowanym opracowaniu renomowany think tank Institute for Government, najskuteczniejszym sposobem na zatrzymanie brexitu na tym etapie byłoby obalenie Borisa Johnsona. Byłoby to możliwe, gdyby opozycji udało się przegłosować wniosek o wotum nieufności dla obecnego rządu i znalazłaby się jasna większość popierająca nowego szefa rządu. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn uważa, że to on powinien zostać następnym premierem i od paru tygodni zbiera poparcie wśród innych, opozycyjnych ugrupowań.

Zdaniem Johnsona i jego otoczenia ten plan nie ma najmniejszych szans na powodzenie, w związku z czym jeśli Europa chce uniknąć brexitowego chaosu – zapobiegłoby mu przyjęcie porozumienia wyjściowego, które przewiduje m.in. dwuletni okres przejściowy przed "prawdziwym" brexitem – to musi rozmawiać z obecnym gabinetem.

Pozycję Londynu osłabia jednak przeciek, do jakiego doszło w weekend. Brytyjska prasa dotarła do dokumentów z operacji "Yellowhammer – kryptonim, jakim brytyjski rząd nazwał przygotowania do brexitu. Według nich gabinet nad Tamizą jest doskonale zorientowany w tym, że twardy brexit oznacza kompletny chaos przez minimum trzy miesiące. Przewidywane są zakłócenia na granicach (ciężarówki mogą stać w kolejkach nawet do 60 godzin), problemy z dostawami leków, ograniczenia w dostawach żywności, protesty uliczne.

Mimo to rząd ogłosił, że za przeciek odpowiadał jeden z byłych ministrów oraz że jest to próba sabotażu przed zbliżającymi się rozmowami z liderami Francji i Niemiec. Padło również stwierdzenie, że dokument został opracowany jeszcze przez rząd Theresy May – pochodził z lipca, kiedy Johnson dopiero objął władzę – oraz że od tego czasu przed wieloma rzeczami udało się zabezpieczyć.

Dziennik gospodarczy "Handelsblatt" dotarł pod koniec ub. tygodnia do dokumentów niemieckiego ministerstwa finansów, w których prognozowano, że Boris Johnson będzie chciał wykorzystać szczyt G7 do stworzenia dla siebie „odpowiedniego momentu”, dzięki któremu uda mu się w ostatniej chwili uzyskać ustępstwa. Dokument radził też, aby w związku z tym państwa europejskie trzymały się dotychczasowej linii.