Wygrana we wtorkowym głosowaniu nie daje pewności, że dana partia utworzy rząd; trzeba bowiem mieć zdolność utworzenia koalicji liczącej przynajmniej 61 deputowanych w 120-miejscowym Knesecie. Takiej zdolności nie ma według ostatnich przedwyborczych sondaży ani blok prawicowy z Netanjahu na czele, ani blok centrolewicy pod wodzą byłego szefa sztabu generalnego Benny'ego Gantza.

Z ostatniego sondażu opublikowanego w piątek przez izraelskie stacje informacyjne Kanał 12 i Kanał 13 wynika, że blok prawicowy mógłby liczyć na 58-59 miejsc, w tym sam Likud na 32, a blok centrolewicy na 53 mandaty, w tym Niebiesko-Biali na 32.

Według Michała Wojnarowicza z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM), "kluczowe dla powyborczej dynamiki będą rezultaty Likudu i Niebiesko-Białych - od nich zależy, który lider, Netanjahu czy Gantz - otrzyma jako pierwszy misję stworzenia rządu. Aktywną rolę w całym procesie będzie odgrywał prezydent Reuwen Riwlin, który zapowiedział, że wykorzysta wszystkie możliwości ustrojowe, by uniknąć kolejnych wyborów".

Ale - jak zastrzega ekspert PISM - Netanjahu "nie może już liczyć na dotychczasowego stałego koalicjanta Awigdora Libermana", gdyż zapowiedział on, "że jego partia Nasz Dom Izrael poprze jedynie świecki rząd jedności narodowej". Lieberman odmówił jakiejkolwiek koalicji z ugrupowaniami religijnymi, potencjalnymi sojusznikami Netanjahu. "Według sondaży bez ugrupowania Liebermana prawicowa koalicja Likudu i partii religijno-narodowych najprawdopodobniej nie dysponowałaby większością parlamentarną. Podobnie układają się perspektywy stworzenia centrolewicowej koalicji przez Niebiesko-Białych, szczególnie po odrzuceniu możliwości współpracy z partiami niesyjonistycznymi, tzn. arabskimi" - wskazuje w swojej analizie Wojnarowicz.

Jeśli żaden z bloków nie uzyska zdolności koalicyjnej, wyjściem może okazać się powołanie rządu jedności narodowej przez dwie największe partie oraz Nasz Dom Izrael. Takie rozwiązanie jest jednak trudne: Niebiesko-Biali już przed kwietniowymi wyborami dopuszczali koalicję z Likudem, ale bez Netanjahu, który cieszy się zarówno poparciem szeregów partyjnych, jak i dużą popularnością w społeczeństwie.

Na początku sierpnia deputowani Likudu zadeklarowali, że "niezależnie od wyniku wyborów" zaakceptują tylko swego obecnego lidera jako kandydata na szefa rządu. Netanjahu, który w lipcu stał się najdłużej urzędującym premierem Izraela, w przedterminowych wyborach we wtorek będzie ubiegał się o piąty mandat szefa rządu.

Ponowne wybory odbędą się po raz pierwszy w historii Izraela. Po poprzednich w kwietniu Netanjahu nie udało się utworzyć większościowej koalicji i po upłynięciu terminu na sformowanie rządu parlament został pod koniec maja zmuszony do samorozwiązania.

Nie można jednak zapominać, że nad Netanjahu wisi groźba trzech procesów w sprawach korupcyjnych, nadużycia zaufania i malwersacji. Jak wskazuje agencja Associated Press, "jedynie zdecydowane zwycięstwo we wtorkowym głosowaniu może wybawić go od sali sądowej". "Natomiast powtórka impasu po kwietniowych wyborach lub wygrana Gantza może oznaczać koniec kariery" Netanjahu, który rządził Izraelem przez 13 lat - pisze AP.

W grudniu 2018 roku izraelska policja zarekomendowała postawienie Netanjahu zarzutów korupcyjnych w sprawie dotyczącej giganta telekomunikacyjnego Bezeq. Netanjahu, w zamian za przychylne dla firmy i warte setki milionów dolarów zmiany w prawie, miał być pozytywnie przedstawiany w należącym do Bezeq serwisie informacyjnym Walla. Wcześniej policja zarekomendowała postawienie mu zarzutów także w dwóch innych sprawach: dotyczących przyjmowania kosztownych prezentów od znajomych biznesmenów oraz oferowania korzystnych dla jednej z gazet zmian w prawie w zamian za pozytywne przedstawianie jego osoby. 2-3 października Netanjahu zostanie przesłuchany i prokurator generalny Awichaj Mandelblit ma zdecydować o ewentualnym postawieniu mu zarzutów.

Eksperci przewidują, że podobnie jak po kwietniowych wyborach Netanjahu będzie dążył do uchwalenia ustawodawstwa gwarantującego mu immunitet wobec zarzutów korupcyjnych. Próby te spotkały się już jednak z ulicznymi protestami. Według Wojnarowicza realizację tego planu "umożliwiałoby tylko utrzymanie obecnej prawicowej koalicji. Zwiększa to pozycję przetargową partii religijno-narodowych, które zgodę na ustawodawstwo o nietykalności uzależniałyby od wdrożenia własnych postulatów". Te "własne postulaty" to m.in. włączenie osiedli żydowskich położonych w strefie C (tereny leżące na terytorium Autonomii Palestyńskiej, ale pod kontrolą Izraela).

Sam Netanjahu prezentuje się jako światowy polityk, mąż stanu, który, jako jedyny ma kwalifikacje, żeby kierować krajem; natomiast ostro atakuje "wrogów wewnętrznych", którzy według niego spiskują przeciwko niemu. Spoty w kampanii wyborczej przedstawiają Netanjahu jako kogoś, kto "gra w innej lidze" i pokazują, jak obejmuje się ze swoim przyjacielem z USA Donaldem Trumpem, podobnie jak z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, czy premierem Indii Narendrą Modim. Netanjahu systematycznie atakuje media, sędziów, prokuratorów i innych domniemanych wrogów, jak mniejszość arabska w Izraelu, którą oskarża o to, że jest "piątą kolumną" zagrażającą państwu.

W przeciwieństwie do kwietniowych wyborów, kiedy partie arabskie startowały rozproszone, przed wyborami 17 września weszły w sojusz, tworząc Zjednoczoną Listę (Arabską). Sondaże dają wspólnej liście 10 mandatów, czyli trzecie miejsce w nowym Knesecie i ewentualne wzmocnienie koalicji "anty Bibi", jak w Izraelu nazywany jest premier Netanjahu.

W zeszłym tygodniu Netanjahu zapowiedział, że jeśli wygra wybory, ogłosi aneksję Doliny Jordanu, która jest częścią Zachodniego Brzegu Jordanu, czyli terenów palestyńskich administrowanych przez Izrael. Netanjahu powtórzył także obietnicę formalnego włączenia żydowskich osiedli na okupowanym Zachodnim Brzegu do terytorium Izraela, lecz tak samo jak w kampanii przed kwietniowymi wyborami, nie przedstawił żadnych terminów, kiedy miałoby to nastąpić. Według ekspertów przekreśliłoby to wszelkie nadzieje na niepodległe państwo palestyńskie na terytorium, które Izrael zajął podczas wojny izraelsko-arabskiej w 1967 roku.

Sprawa żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu jest jedną z głównych kwestii spornych w konflikcie bliskowschodnim. Dla Palestyńczyków zapowiedzi te są jednoznaczne z końcem procesu pokojowego, który i tak utknął w martwym punkcie.

Podobnie jak w kwietniu, tak i przed wtorkowymi wyborami swoistego rodzaju poparcia Netanjahu udzielił mu jego amerykański sojusznik, wzmacniając starania o pozostanie u władzy. Prezydent USA poinformował, że rozmawiał z Netanjahu o możliwym traktacie o wzajemnej obronie. Przed kwietniowymi wyborami Trump również wzmocnił pozycję Netanjahu, gdy uznał suwerenność Izraela nad Wzgórzami Golan, a wcześniej, gdy uznał Jerozolimę za stolicę państwa żydowskiego, co spotkało się z szeroką krytyką społeczności międzynarodowej. Izrael zajął Zachodni Brzeg Jordanu, Strefę Gazy, Wzgórza Golan i wschodnią część Jerozolimy w wojnie sześciodniowej w 1967 r.

W przypadku propozycji dotyczącej aneksji Doliny Jordanu Netanjahu usłyszał wszelako od Stanów Zjednoczonych, że "tym razem nie ma żadnej zmiany polityki USA" w tej kwestii, być może dlatego - jak wskazuje "New York Times" - że Trump i jego zięć Jared Kushner planują wkrótce po wyborach w Izraelu ujawnić od dawna obiecywany plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu.