Miejscowa policja odmówiła wydania zgody na marsz przeciwko zakazowi zakrywania twarzy podczas prodemokratycznych demonstracji, w związku z czym niedzielny pochód był nielegalny. Organizatorzy akcji podkreślili, że mimo ryzyka aresztowania chcieli skorzystać ze swojego prawa do udziału w proteście. Przez kilka pierwszych godzin marsz odbywał się pokojowo. Część jego uczestników miała przy sobie parasolki, by ukryć twarz przed kamerami monitoringu. Mimo zakazu zasłaniania twarzy wielu maszerujących miało też na sobie maski.

Demonstracja, w której wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi, odbyła się w dzielnicy Kowloon. Na trasie marszu część protestujących zdemolowała kilkaset sklepów i stacje metra. Uszkodzonych zostało też kilka chińskich placówek bankowych. Na ulicach ustawiono barykady, które następnie podpalono. Grupa radykałów rzuciła koktajle Mołotowa w stronę posterunku policji w Kowloon po tym jak policjanci użyli gazu łzawiącego, by rozproszyć tłum. Policjanci użyli też wobec uczestników akcji armatek wodnych. Według agencji AP koktajl Mołotowa wrzucono też do jednej ze stacji metra.

Uczestnicy marszu śpiewali hymn ruchu protestacyjnego i trzymali w rękach plakaty przedstawiające flagę Chińskiej Republiki Ludowej, na której gwiazdy ułożono na kształt nazistowskiej swastyki.

W czwartek Jimmy Sham, przywódca prodemokratycznego Obywatelskiego Frontu Praw Człowieka, który organizował szereg wielotysięcznych demonstracji w Hongkongu, został napadnięty przez grupę niezidentyfikowanych sprawców, którzy bili go młotkami w głowę. Media informują, że w sobotę dźgnięto nożem mężczyznę, który rozdawał prodemokratyczne ulotki.

W tej byłej brytyjskiej kolonii od czerwca trwają masowe prodemokratyczne protesty. Demonstranci żądają m.in. demokratycznych wyborów władz regionu i niezależnego śledztwa w sprawie działań policji, której zarzucają używanie nadmiernej siły.