Sądzi Pan, że więcej zrobi w walce z koronawirusem w Polsce niż we Włoszech?

Reklama

To trudno wartościować, bo w Polsce mogę pomóc jednemu pacjentowi bezpośrednio lub wielu, przywożąc do kraju pewne informacje. Mam tylko nadzieje, że tutaj nie będzie takich potrzeb jak we Włoszech.

Tyle, że w Polsce pracuje Pan jako pediatra…
…i psychiatra, bo mam dwie specjalizacje.

Za to w Lombardii współorganizował Pan oddział intensywnej terapii.

Moja decyzja nie była przypadkowa, bo pediatria to przede wszystkim w polskich warunkach nauka o chorobach zakaźnych. Poza tym od szeregu lat jestem członkiem Medycznego Zespołu Ratunkowego Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Mam duże doświadczenia w misjach, w tym także na terenach zagrożonych epidemicznie. Pracowałem w Peru po tym, jak w 2017 roku zeszły tam lawiny błotne, w Ugandzie, w której w 2018 roku spodziewano się eboli czy np. w Indiach, w ośrodku rehabilitacji trędowatych.

A kilka dni temu wrócił Pan z włoskiej Bresci.

I ten obszar też nie został wybrany przypadkowo. To teren największej śmiertelności, epicentrum epidemii koronawirusa w Europie. Kiedy byliśmy już na miejscu, we Włoszech było ponad 100 tys. zakażeń, z czego w samej tylko Lombardii – 44 proc. z nich. Z 13 tys. zgonów, 8 tysięcy dotyczyło właśnie tego regionu. W samej Bresci, która swoją drogą jest miastem wielkości Kielc, było ich już ok. 2 tys.

Włoscy lekarze szacowali, że w samej Bresci choroba mogła zaatakować nawet ok. 50 proc. populacji.

Liczby, o których mówią są i tak najprawdopodobniej zaniżone. Jeden z mediolańskich profesorów przekonuje, że może to być 5, 10, a nawet 15 razy więcej chorych niż wykazywały testy. Także dlatego, że nie wszystkim zakażonym udało się dotrzeć do szpitala. Część umierała w domach.

Włoskie piekło – tak opisywały to tamtejsze dzienniki. Jak faktycznie wyglądała sytuacja na miejscu?

Jak w Czarnobylu – pustka, nie ma ludzi, jest tylko niewidzialny wróg. Zamiast promieniowania – śmiertelny wirus. Tak bardzo, że jest w Bresci parking, na który odholowywane są auta tych, którzy zmarli w szpitalu, opowiadali mi o tym włoscy lekarze. Armagedon! Kolega z kolei widział mężczyznę, który uprawiał jogging na jednym z okolicznych dachów. Nie mógł wyjść, to biegał w kółko. Jak chomik, po małej powierzchni. Nawet ryzykując, że spadnie.

Co jeszcze zapamiętał Pan z Bresci?

Włoską lekarkę, która płacze, bo nie ma już siły mówić ludziom nie tego, że zmarł ich bliski, bo to w końcu naturalne w naszej pracy. Ale tego, że jego ciało zostanie skremowane, a na pogrzebie będą tylko grabarze. Czytaj: człowiek wchodzi do szpitala, zamykają się za nim drzwi, po czym znika na dobre. Rodzina po kilku dniach dostaje tylko informacje, że ciało poddano kremacji. To może szokować, tym bardziej, że część osób nie będzie w stanie uwierzyć, że ich bliski naprawdę zmarł. W takich sytuacjach włączają się mechanizmy obronne – dla mnie jako psychiatry, pogrzeb jest ważną ceremonia, bo rozpoczyna czas żałoby.

I dużo ma Pan takich obrazów przed oczami?

Niestety tak; pamiętam też jak podjęto decyzję o odłączeniu pacjenta od respiratora. Tego samego, którego zaledwie dwa dni wcześniej uznaliśmy go za najbardziej rokującego. Potem widziałem, jak przywożono mężczyznę, który – jak wynikało z relacji rodziny – rano miał się jeszcze całkiem dobrze, a potem zaczynał się dusić i tracił przytomność.
Przy Covid-19 stan, co do zasady, pogarsza się stopniowo. Tyle, że teraz coraz więcej jest takich przypadków, że zejście może być bardzo szybkie.

Reklama

To nowość w tej chorobie, nie jedyna zresztą. Co jeszcze teraz o niej wiadomo?

Lekarzom udało się wyodrębnić dwa fenotypy: H i L covid-19. Różni je przebieg, jak i sposób leczenia, bo inaczej zachowują się same płuca. Tylko w jednym przypadku są ciężkie; inna też jest ich sztywność. Nie wchodząc w dalsze szczegóły, które nawet dla specjalistów są skomplikowane, takich pacjentów poddaje się innym typom tlenoterapii.
Innymi słowy: Wirus prawdopodobnie mutuje i stąd różne objawy choroby, w tym także skórne, o których jeszcze przed miesiącem w ogóle się nie mówiło. I o których nadal niewiele wiadomo.

Jak w takiej sytuacji włoscy lekarze zorganizowali pracę szpitala?

Wszyscy, którzy wchodzą do placówki mają mierzoną temperaturę, łącznie z personelem. Lekarze i pielęgniarki pracują w pełnym rynsztunku: maseczki, rękawice, gogle, kombinezony. Przez cały czas muszą być maksymalnie skoncentrowani na pracy. My, bo poleciałem z 15-osobową grupą cywilno-wojskową, podzieliliśmy się na trzy grupy. Pracowaliśmy w zmianach. Po 12 godzin. Grupa pierwsza, szpitalna, odpowiadała za OIOM z włoskimi gospodarzami. W tym czasie grupa druga spała, a trzecia przygotowywała obiekt. Przebudowała go w epidemiologiczną twierdzę. Zbudowała śluzę, podzieliła na część czystą i brudną, ustawiła lampy na ultrafiolet…

A diagnostyka pacjentów?

Pacjent obowiązkowo kierowany jest do namiotu, gdzie robione są mu podstawowe badania i test na Covid-19. W zależności od stanu, trafi potem do odpowiedniej sali. Jeśli ma złe parametry saturacji krwi, kiepsko się czuje, ale jego stan jest lekki – przekazywany jest do dawnej szpitalnej pralni.
Włosi zlikwidowali ją w tydzień, zamiast tego porozstawiali łóżka w dużych odległościach, a obok nich butle z tlenem.
Po tak zorganizowanej hali chodzą wolontariusze, nie medycy – ich zadaniem jest obserwowanie pacjentów i rozmowa.

A jeśli stan pacjenta nagle się pogorszy?

To trafi – w zależności od etapu choroby – na 1 z 6 oddziałów covid. Tam leczyć się go będzie z użyciem specjalistycznych balonów, zaintubuje albo wyłoni tracheostomię. Pacjent będzie tam 2-3- tygodnie. Jeżeli wraca do zdrowia, przesyłany jest do dawnej pralni. A kiedy jest już w dobrej formie, ma prawidłowe parametry i oddycha samodzielnie, to czeka się jeszcze przez 3 dni, czy nie zagorączkuje i wykonuje mu się w ciągu 24 godzin dwa testy. Jak oba się negatywnie, to uważa się, że jest wyleczony.
Co ważne, już po wypisaniu do domu pacjent ma obowiązek nie kontaktować się z otoczeniem; oczywiście w miarę możliwości. Zdarzają się niestety przypadki, że zakażenie się odnawia.

Czyli koronawirus jest jak grypa?!

Powiem tak: wszystko, co się tyczy tego konkretnego wirusa i przebiegu choroby jest tak nowe i zmienne, że można mówić o tym tylko z dużym prawdopodobieństwem. Nie ma pełnej jasności.

To jakie tezy się teraz weryfikuje?

Koronawirus może wywoływać zmiany skórne – zaobserwowano je u odsetka pacjentów, w jednym z ośrodków mówiono nawet o 20 proc. Dużo, do tego bardzo różne zmiany. Tyle, że nie można wykluczyć, że są to nadkażenia bakteryjne, odczyny alergiczne czy np. efekt uboczny takiej a nie innej kombinacji leków. Dziś możemy mówić tylko o pewnym prawdopodobieństwie – nie wolno pochopnie wyciągać wniosków nawet z powtarzających się objawów, co podkreślają też eksperci w opracowaniach naukowych.

Skoro już o dokumentach mowa, pracuje Pan nad raportem, który ma zawierać wnioski co do leczenia chorych w Polsce. Co w nim jest?

Mogę się tylko domyślać jego ostatecznego kształtu – ja tylko dodaję informacje do arkuszy, a dokument sporządzany jest pod kierunkiem dr. Jacka Siewiery.
Znajdzie się tam, o czym jestem przekonany, metoda Włochów polegająca na punktowym systemie oceny stanu płuc na podstawie zdjęć rtg. Do tego także rekomendacja utworzenia szpitala tymczasowego. Modułowego, czyli takiego, który może być powiększany tak, jak buduje się z klocków lego. Pierwszy, co już wiadomo, powstać ma na terenie Wojskowego Instytutu Medycznego.